Strona główna Administracja Fabuła Dołącz Dla autorów

czwartek, 25 grudnia 2014

Prawda bywa okrutna, kłamstwo - kosztowne, a sprawiedliwość...okrutnie kosztowna.


NIKLAUS MIKAELSON
Tysiącletni pierwotny, z przeszłością godną miana tajemnicy Poliszynela 

Klaus kucnął przed zakneblowanym i osłabionym więźniem, świdrując go swoimi błękitnymi tęczówkami wyrażającymi w tym momencie głęboką irytację, jak i zawód na delikwencie przed sobą, który z racji bycia ulepionym z podobnej gliny co jego ciemięzca, winien się z nim solidaryzować. Tymczasem ten, w którym pokładał nadzieje, przyczynił się do udaremnienia ostatnich planów hybrydy. Pokój był ciemny, pozbawiony jakiegoś stosownego umeblowania. Jedynym światłem była mała lampka wisząca przy sklepieniu. Więźniem był rosły mężczyzna o gęstej brodzie i twardej szczęce, teraz złamanej, a z ust kapała mu krew. Na twarzy było widać liczne ślady pobić, oddech jego był niespokojny. Ach, te wilkołaki, nigdy nie wiedzą, kiedy się poddać. Klaus natomiast był jego całkowitym przeciwieństwem. Owszem, był może i wysoki, ale posturą go zupełnie nie doganiał mimo że był od niego znacznie silniejszy. Hybryda odziana była w zwyczajne jeansy, białą koszulę, na którą zarzucona była skórzana kurtka. Ciemny blondyn o błękitnych oczach spojrzał na wilkołaka i powiedział z tym swoim charakterystycznym akcentem.
- James...chcesz usłyszeć moją historię? Tak się składa, że mam potrzebę opowiedzenia komuś o swych demonach przeszłości...zostałeś zaszczycony tym faktem. - Stwierdził na koniec wręcz nie pytając go bezpośrednio o zgodę. Klaus wstał z klęczek i podszedł do ściany, o którą się oparł, po czym zaczął tym swoim melodyjnym hipnotyzującym głosem, który wywołuje dreszcze u wrogów i przyjemne wibracje u kobiet.
- Pochodzę z Europy, na co pewnie zwróciłeś uwagę przy pierwszej lepszej okazji z powodu mojego akcentu. Urodziłem się w wiekach ciemnych, bardzo dawno temu. Wtedy wszystko było prostsze, przynajmniej z pozoru. - James szarpnął się w okowach, ale był osłabiony lisim tojadem, dlatego nie mógł zerwać mocnych lin. Niebieskie oczy Klausa spoczęły na jego twarzy. Po chwili rozległ się głos.
- Wiesz, że urodziłem się wilkołakiem? - zapytał więźnia, a ten spojrzał na niego zdziwiony, po czym kędzierzawy kiwnął głową. - Tak, to prawda, jestem owocem zakazanej miłości mojej matki z przywódcą wilkołaczego stada. Od początku było we mnie coś dziwnego. Byłem bardziej agresywny od mojego rodzeństwa. Ach tak, wspominałem o nich? Rebekah, Henrik, Elijah, Fin i Kol...oni byli normalni, praktycznie się nie rozstawaliśmy, rozumieliśmy się bez słów, bo nie ma piękniejszej więzi niż więź rodzinna, zaufaj mi... - Po tych słowach Klaus przeszedł parę kroków i krążył w kółko wokół Jamesa powoli i melancholijnie, mówiąc dalej.
- Wszystko zmieniło się jednak, gdy Henrik został zagryziony przez wilkołaka. Czasy były niespokojne, moja rodzina zagrożona, więc mój ojciec zmusił matkę do zrobienia czegoś, by nas zmieniła w istoty równie potężne co likantropy. Wtedy moja matka z pomocą jakiegoś magicznego rytuału, uczyniła nas wampirami, pierwszymi tego gatunku. Ja jednak byłem inny i Esther doskonale o tym wiedziała...byłem pierwszą hybrydą posiadającą geny zarówno wampira, jak i wilkołaka. Musiała z tym coś zrobić, więc rzuciła na mnie klątwę skuwającą wilczą część mojej natury w ciężkie łańcuchy. Klątwa słońca i księżyca, ponoć też coś o niej słyszałeś.- Klaus uśmiechnął się delikatnie, ale zaraz spoważniał.
- Potem musiałem wziąć sprawy we własne dłonie, plamiąc je krwią najbliższej rodziny...nie będę Ci zdradzał szczegółów dokładniej, jednakże wiedz, że moja matka oraz moi bracia prócz Elijaha i Rebeki spoczęli w wyścielanych aksamitem trumnach, w których po prostu byli bezpieczni...po prostu chciałem ich ochronić. Mego ojca spotkało to samo, z tymże został odseparowany od reszty rodziny, zamknięty na zawsze we śnie głębokim, a później... - I tu urwał, rozmarzył się na chwilę wspominając te setki lat spędzonych na zabawie, poznawaniu świata, a także kreowaniu historii o jakiej teraz uczą się dzieciaki w szkole. Jednakże w tych wszystkich wyprawach Klausa, ingerowania niekiedy w sprawy całego państwa, zmieniając przebiegi wojen i rozejmów, najważniejsza była jedna sprawa - zdjęcie klątwy.
- Później jednak moją głowę zaprzątnęła sprawa zdjęcia klątwy nałożonej przez matkę...szukałem wszelkich sposobów, aż w końcu odnalazłem pewien bardzo skomplikowany rytuał, do którego potrzebowałem paru wybitnie interesujących osób...w Bułgarii poznałem Katherinę Petrovą. Tak, James, Ty ją dobrze znasz, wydymała Cię prosto w moje łapska...Petrovy mają to do siebie, że na zgubę sprowadzają. -
Westchnął, przypominając sobie nieudolne próby złamania klątwy, bo za każdym razem działo się coś, co uniemożliwiało mu to.
- Ona była kluczem, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie odkryłem, że potrzebny jest mi doppelganger Petrovej, jej sobowtór. Czy zdajesz sobie sprawę, jak trudno było ją złapać i znaleźć takiego klona? Tyle lat oczekiwania. W końcu ślady zaprowadziły mnie tutaj, do Mystic Falls, gdzie poznałem Elenę Gilbert, doppelgangera Petrovej, braci Salvatore, w tym mojego...byłego...przyjaciela Stefana, ale także parę innych interesujących person. Po paru komplikacjach i nie oczekiwanych zwrotach akcji, udało mi się złamać klątwę, jestem teraz pełnoprawną hybrydą stąpającą po tej ziemi. Planuję obecnie stworzyć armię hybryd, uwolnić moją rodzinę z okowów wiecznego snu i być może...dobrze się zabawić. -
James prychnął i splunął na niego krwią, na co Klaus ściągnął brwi w niemiłym zamyśleniu.
- Wilczku, opowiadam Ci historię, o którą niejeden dałby się zabić, a Ty kalasz ją swoją brudną krwią. -
Wilkołak zaśmiał się słabo i odpowiedział hybrydzie z wyraźną pogardą w głosie. - Nie ja mam brudną krew, mieszańcu...
Po tych słowach w oczach Klausa błysnęło, rozległ się dźwięk wbijania dłoni w klatkę piersiową i po chwili poruszane ostatnim tchnieniem serce wilkołaka spoczęło w palcach winowajcy, brocząc je swą posoką. Hybryda zostawiła zwłoki Jamesa i wyszła z pokoju, mówiąc do jednego ze swych sług, żeby posprzątał ten bajzel. Sam zaś zasiadł przy oknie, wypatrując przez nie wprost na wieżę ratusza Last Chance.


Przez setki lat egzystencji jego charakter zdołał się jedynie wyostrzyć, a poszczególne jego cechy jedynie przybrały na sile. Bezwzględny, ludzi traktuje jako środek pomocny w osiągnięciu
celu, a nie jako cel sam w sobie. Ponadto nie stroni od kobiet, jednak życie tych ludzkich zazwyczaj zakańcza po jednej nocy, nie dając im możliwości rzewnego wspominania jego postaci do końca ich krótkiego żywota. Owszem, przy jego boku można dostrzec ludzi, którzy towarzyszą mu nieco dłużej, jednak prędzej czy później wychodzi na jaw, że jest to osoba, z której może wyciągać korzyści dla siebie. Choć bywa i tak, że utrzymuje ich przy życiu, gdy okazują się niezłymi rozmówcami, a trzeźwe spojrzenie na świat niektórych ceni sobie wysoko, mimo że sam upojony
nieraz intrygami czy innymi żądzami kieruje się instynktem drapieżcy. Nie szanuje otoczenia, lecz szacunku wymaga. Nieraz staje się przeszkodą dla samego siebie, kiedy pojawiają się sytuacje, w których czuje się sprzecznie ze sobą, jednak skrzętnie ukrywa swe słabostki przed ludźmi, a członkowie jego familii właśnie się do nich zaliczają. Stanowią dla niego zarówno opokę, na której może się wesprzeć jak i przywarę mogącą go zgubić. Zawsze krok przed innymi, stawia siebie na piedestale własnego systemu wartości. Z dyktatorskimi zapędami, zasiada na szczycie budowanej przez siebie latami konstrukcji. Słowo kompromis z trudem przechodzi mu przez gardło, lecz jako pierwotnie "stadne zwierzę", musi czasem naginać swą wolę, celem zdobycia uznania maluczkich.

Zamiast nadgryzionego jabłka czy innego ustrojstwa | POWIĄZANI
______________________________________________________________________
Karta jednak bez zmian, nastąpią one wraz z wyklarowaniem się powodów przybycia SZYNKI do miasteczka. Zaciekli wrogowie, zbrodniarze, kamraci, miłostki, WSZYSTKO. Niech Nik poczuje czyjś oddech na karku.
PS:BROMANCE POŻĄDANY! [powiązani]

60 komentarzy:

  1. [To ja witam się w takim razie ;) Mam pytanie. Czy kontynuujemy stary wątek, który był ledwo napoczęty i był interesujący, czy startujemy z czymś nowym?]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Tak, tak :) W karcie nie znalazłam, bo już nie ma :< Ale znalazłam na mailu co ustaliłyśmy odnośnie tego wątku :)

    Cytuję:
    [Odnośnie zatargu. Klaus w XV wieku wymyślił Klątwę słońca i księżyca, która miała skłonić wampiry i wilkołaki do poszukiwań Katherine Pierce, następnie oddania jej w ręce Klausa. Dziadek dowiedział się, gdzie ona przebywa i ruszył, ale wcale nie po to, by sprezentować ją Nikowi, ale sam ją zabić, bo naiwnie myślał, że wtedy wilkołaki przestaną być niewolnikami księżyca. Nik i Raphael spotykają się w "połowie drogi" i wtedy Pierwotny dowiaduje się o jego zdradzie. Wściekły hipnotyzuje Rapha, by nie rozpowszechniał miejsca pobytu Petrovej i zaniechał pościgu. Klaus nie uznaje śmierci wystarczającą karą za zdradę, więc postanawia zemścić się w przyszłości, gdy dziadek będzie się najmniej tego spodziewał. A okaże się, że uratował mu wnuka. Aidan będzie miał u niego dług, a Klaus pozna "jedyną nadzieję dziadka", któremu będzie mógł się dobrać do skóry :D]

    Aidan]

    OdpowiedzUsuń
  3. [Ach, głupio zrobiłam, że nie zapisałam odpisów, ale trudno.]

    Mimowolnie zrobiła kilka kroków w tył, przez co niemalże zniknęła w ciemności. Oczywiście, dla każdej istoty nadnaturalnej nadal pozostawała widoczna. I to nie tylko dzięki ich wyostrzonemu wzrokowi, ale też węchowi. Podobno miała specyficzny, lecz przyjemny zapach, a przynajmniej twierdziło tak kilka wampirów, których spotkała na swojej drodze. W dodatku jej krew miała dziwne „właściwości”. Ten, kto wypił nieco za dużo czuł się jak człowiek pod wpływem alkoholu. Ciekawe dlaczego…
    - Skończ to żałosne przedstawienie. – Mruknęła nieco znudzonym tonem wpatrując się w przybyłego wampira, który miał zdecydowanie za duże mniemanie o sobie. Czuł się ważny, potężny i kto wie, może jeszcze niepokonany.
    - Nie widzisz, że twoje wystąpienie nie zrobiło na nikim wrażenia? – Uniosła jedną brew delikatnie przekrzywiając przy tym głowę. Po chwili wampir błyskawicznie znalazł się tuż przed nią, przez co wzdrygnęła się i cofnęła, prawie wpadając przy tym na ścianę.
    - Skręcenie ci karku nie stanowi dla mnie żadnego problemu, w dodatku nawet się tym nie zmęczę. – Uśmiechnął się drwiąco i spojrzał na swojego podwładnego, który ciągle wił się z bólu. Jego jęki oraz krzyki skutecznie wyprowadzały go z równowagi. W końcu nie wytrzymał, podszedł do niego i bez zastanowienia wyrwał mu serce. Cordelia momentalnie odwróciła wzrok nie chcąc spoglądać na mięsień, który jeszcze przed chwilą znajdował się w czyjejś klatce piersiowej, bo co tu ukrywać, nie był to zbyt przyjemny widok.
    - Wiem, kim jesteś. – Rzucił nagle wyrzucając organ gdzieś za siebie. Niedbale wytarł dłoń o koszulę stojącego obok niego podwładnego i spojrzał na Pierwotnego. – Klaus Mikaelson we własnej osobie… Mam rację? – Wyszczerzył zęby w nieco głupkowatym uśmiechu, choć chyba nie zdawał sobie z tego sprawy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ta noc mogłaby się już skończyć. Modlił się wręcz o to w duchu. Mimo iż ten, którego nie znał, a uratował mu skórę nadal nad nim czuwał to Aidan wolał być ostrożny. Ha, dobry żart! Aidan i ostrożność. Kiedy było się tak narwanym dzieciakiem jak on, to trudno było nie wpakować się w jakieś tarapaty. Collins w tej dziedzinie był wręcz mistrzem.
    Zdrzemnął się na chwilę. A przynajmniej tak mu się wydawało. Ocknął się w momencie, kiedy znowu poczuł to cholerne łamanie w kościach. Podobno do wszystkiego szło się przyzwyczaić... Ale jak widać, nie do tego. Mruknął coś cicho i niezrozumiale pod nosem, rozglądając się dookoła. Po chwili wszystko zajarzył. A raczej przypomniał sobie o wszystkim co się stało.
    - Kuźwa... Moje kości... - Jęknął cicho z boleścią w głosie. Podniósł się z ziemi powoli. Przyglądał się z zaciekawieniem, a także i z jakąś dozą strachu, mężczyźnie. - Nie jesteś pierwszą osobą, która mi to mówi. - Odrzekł, uśmiechając się lekko. - Aidan Collins. - Przedstawił się. No bo kultury to go nauczyli. - Tak, jestem stąd. Od jakichś osiemnastu lat. - Odparł. - W Polsce osiemnaście lat to już pełnoletność. Szkoda, że nie u nas, nie sądzisz? - Zapytał. - A ty to kto jesteś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. [Sądzę, że mogłoby to być jakieś przypadkowe spotkanie gdzieś na mieście, gdzie Aidan będzie jak najęty opowiadał o "tajemniczym wybawcy". Niklaus mógłby to trajkotanie usłyszeć, a Collins niechcący na niego wpaść xD]

      Usuń
  5. [ No wiesz, takie ożywianie myszy może być pożyteczne, jeśli ktoś chce zająć czymś koty, zwłaszcza jeśli ten ktoś ich nie lubi (ze wzajemnością zresztą), ale lubi je babuńcia.
    Też nie mam żadnego pomysłu, więc na razie pożyczę dobrej zabawy c: ]

    Charles

    OdpowiedzUsuń
  6. Powiodła wzrokiem po uwięzionych ludziach. Była już zmęczona i jedyne o czym teraz marzyła to długa kąpiel oraz kieliszek wina, którego zresztą ostatnio nadużywała – trudno się temu dziwić, patrząc na wydarzenia, jakie miały niedawno miejsce w jej życiu. Co rusz spotykała kogoś ze swojej przeszłości, w dodatku w najmniej odpowiednich momentach. Ach ta złośliwość losu!
    - Przeszkadza mi, że robisz w moim mieście to, co ci się żywnie podoba. – Rzucił oschle, zanim stracił przytomność. Zero instynktu przetrwania, a wydawało się, że wampir w jego wieku posiada większy iloraz inteligencji. Jego towarzysze poruszyli się nerwowo, widocznie nie bardzo wiedząc, co powinni zrobić. Ciekawe, czy pomyśleli o ucieczce. Sądząc po ich minach, przeszło im to przez myśl. Kto wie, może wkrótce znikną, kiedy wreszcie zrozumieją, że z Pierwotnym nie ma żartów. W końcu bez wysiłku mógł zabić każdego z nich i to w przeciągu kilku sekund.
    Zbliżyła się do krzesła, na którym posadzono zuchwałego krwiopijcę. Stanęła tuż za Pierwotnym, starając nie zwracając uwagi na więźnia.
    - Nie sądzę, żeby historia naszej znajomości była dla ciebie ciekawa. – Mruknęła w tej samej chwili, w której wampir chciał coś powiedzieć. – Nasze drogi parę razy się skrzyżowały, to wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  7. - Ile? - Zapytał się, krzywiąc niemiłosiernie, kiedy usłyszał podane liczby. - Zanim dobiję do takich liczb to prędzej zejdę z tego świata i urodzę się na nowo. - Odpowiedział szybko. - Ale tobie to raczej nie sprawia problemu, jak już tak się przemieniasz? - Spojrzał na niego uważnie. W jego zachowaniu (a raczej po tym jak Aidan mu się przedstawił) zauważył coś dziwnego. - Co się stało? - Jedna z brwi mimowolnie powędrowała ku górze. - Dziadek mi też to samo powtarza. "Aidan zaakceptuj to, przecież ja nie będę żył wiecznie. A ktoś musi przejąć to wszystko, bo ja już potrzebuję trochę spokoju". - Zaczął przedrzeźniać głos dziadka. - To jest nienormalne. Na to miejsce mógłby wsadzić kogoś, kto się do tego nadaje. O, na przykład Mitch. On to wszystko ogarnia. I jest starszy ode mnie. Ja mam dopiero osiemnaście lat...To za wcześnie... A oni wszyscy uważają, że to już dość dużo. - Trajkotał jak najęty. - To trochę dziwne, że w wieku osiemnastu lat możesz pójść do wojska i zabijać ludzi, a na to, aby wejść gdziekolwiek i napić się czegoś lepszego, to musisz czekać jeszcze trzy lata. To jest dziwne. Że oficjalnie możesz zabić kogoś szybciej niż się upić. - Aidan podniósł się z ziemi. - To byli Nicholsonowie. Od wiek wieków mamy z nimi zatarg. Nie wiem o co dokładnie poszło, bo nikt na ten temat nie chce rozmawiać, ale kiedy nadchodzi pełnia to tamci lubią atakować. Dzisiejszej nocy akurat padło na mnie... - Mruknął cicho. - I jak widać grają nie fair. Czterech na jednego to banda łysego, o. - Założył rękę na rękę. - A dziękuję. NIe jest to może moja najlepsza forma życiowa, ale nie jest znowu aż tak najgorzej. - Stwierdził wesoło chłopak.

    OdpowiedzUsuń
  8. Zębów (a raczej kłów) nie zdołał zobaczyć. Ale to co zrobił z tamtymi to już i owszem. Obawiał się teraz tylko jednego. Że to wszystko może błyskawicznie obrócić się przeciwko niemu.
    - Bardzo śmieszne. - Stwierdził, kiedy usłyszał jego żart. - Ale nie tylko na młodych polują. Za starych już też się biorą. - Odparł pół żartem, pół serio.- No, rzeczywiście... Trochę tych Collinsów jest... Na przykład Joan Collins, ta aktorka... Phil Collins, piosenkarz... Susanne Collins- pisarka, ale nie wiem co napisała... Na wschodzie stacjonuje brat mojego dziadka Matt... Też Collins.- Podrapał się lekko w tył głowy. Zdziwił się, kiedy ten wypluł to, czego się napił. - A mówią, że każdy alkohol jest dobry... - Powiedział ni to do siebie, ni to do niego. - Może jesteś chory? Felicia, to znaczy się obecna żona dziadka, robi dobre lekarstwa z ziół. Felicia to któraś z kolei kobieta tego starego uparciucha, ale nie wiem która, bo po trzeciej przestałem liczyć. - Powiedział Nikowi na ucho. No co? Ściany mają uszy podobno. No, w tym przypadku to były drzewa i krzaki.... - Nie sądzę... Jak znam Eustachego Nicholsona to już pewnie poszedł się awanturować do naszych, że jego członkowie watahy nie wrócili. Jakby kto ich prosił o to, aby włazili do lasu... - Prychnął cicho nastolatek. Spojrzał na niego i bez słowa przytaknął. Pożegnał się i poszedł przed siebie.
    ***
    - ... i mówię ci dziadku! Jak on przerzucił ich wszystkich, to nawet ty byś tak nie rzucił, że aż się pogruchotały im kręgosłupy! - Trajkotał Aidan, idąc razem z Raphaelem przez miasto. Jak na swój poczciwy wiek, staruszek poruszał się dosyć raźnie. A i krzepy mu też nie brakowało.
    - Szkoda, zę nie pamiętasz, jak tamten sie nazywał. - Rzekł senior rodu, a zaraz też i dodał. - Od teraz będziesz chodził razem z eskortą. Ty nie zdajesz sobie sprawy z tego Aidan, że pchasz się w niebezpieczeństwo bez potrzeby? - Zapytał Raph.
    - A ty nie rozumiesz, że ja chcę żyć tak w miarę normalnie jak każdy nastolatek? A nie tylko "Aidan nie! Aidan zrób to! Aidan nie ruszaj tego! Aidan, bo rada tak zdecydowała!" - Wymachiwał rękoma na wszystkie strony świata. Na chwilę przystanął i zaczął niuchać nosem. Coś apetycznie pachniało. I zaraz dostrzegł budkę z fast foodami.
    - Poproszę pudełko skrzydełek, dużą colę, podwójne frytki... Niech będzie jeszcze ciastko z jablkami... I może pudding. - Złożył swoje zamówienie.
    - Przytyjesz. - Zwróciła mu uwagę Gina.
    - Najpierw masa, potem rzeźba. - Puścił do niej oczko. Po chwili poczuł, że ktoś go lekko szarpnął za rękę. - Nie, dziadku. Tym razem się obraziłem na dobre. I nie. Nie zjem obiadu w domu. Nie wtedy, kiedy uważasz, że... - Odwrócił się i zastygł na chwilę w bezruchu. - O, cześć. - Uśmiechnął się lekko zakłopotany, widząc ponownie tego nieznajomego, co mu w nocy skórę uratował. - Wybacz... Myślałem, że to mój dziadek znowu przyszedł się do mnie o coś przyczepić. - Wytłumaczył mu szybko. - O wilku mowa. - Wskazał podbródkiem na głowę rodziny. Raphael kroczył w kierunku Aidana z nietęgą miną. - Oho, będą kłopoty. - Szepnął sam do siebie.

    OdpowiedzUsuń
  9. [ No wiadomo, że nie bawimy się w Kaleba, bo Sharmanem gardzę jeśli chodzi o Kola. Dla mnie to jest Isaac i niech tak pozostanie.
    Warto by uściślić wcześniej okoliczności pojawienia się Kola w mieście: Klausik wyciągną teraz z niego sztylet czy już wcześniej sobie Kol samotnie podróżował po świecie ostatnimi czasy i postanowił pomieszkać z braciszkiem? ]

    OdpowiedzUsuń
  10. [Chyba się stęsknił bardziej, może coś tam go nakłoniło do przyjazdu, ale jak na dzień dzisiejszy to przyjedzie mu życie umilić :>
    Jak coś to mogę zacząć nawet, tylko skończę odpisy, chyba że chcesz ty ]

    OdpowiedzUsuń
  11. Człowiek uczy się cale życie, zwłaszcza jeśli co raz budzi się w zupełnie nowej epoce. Przez ledwie milenium, które upłyneło mi nadzwyczaj szybko, potrafi się wiele zmienić, w końcu mieszkając w niewielkiej wiosce, nigdy bym nie pomyślał, że kiedyś może się ona zmienić w prężnie rozwijające się miasteczko Mystic Falls. O dziwo potrafimy tez czasem zadziwiac samych siebie. Jadąc konno blisko dziesięć wieków temu, nie przypuszczalem ze w dwa tygodnie nauczę się prowadzić cos takiego jak auto. Najśmieszniejszy w tym wszystkim był cel mojej podróży - Last Chance. Przewrotna nazwa miasteczka, w którym znajdowało się moje rodzeństwo, sprawiła, że postanowiłem dać im i sobie kolejną szansę na jakieś normalne relacje, choć z doświadczenia mogę się domyślać, że nie będzie to 'ostatnia szansa'.
    Nie trudno było było odnaleźć odpowiedni dom, znając gust mojego brata. Zaparkowalem przed okazałą willą i chwilę później po domu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi po naciśnięciu odpowiedniego guzika. Oparłem się o framugę, chowając dłonie w kieszeniach spodni i zacząłem zgadywać w myślach, czyją twarz będzie mi dane ujrzeć jako pierwszą.

    [Mam nadzieje ze nic nie ucielo czy cos, bo na telefonie pisane]

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak, Cordelia była niezależną kobietą. Tak, zdarzało jej się przecenić swoje możliwości, jednakże nigdy się do tego nie przyznawała. I tak, odmówiłaby, gdyby Klaus chciał ją poczęstować swoją krwią, nawet jeśli byłoby to niegrzeczne z jej strony. Zapewne prędzej padłaby ze zmęczenia, niż dobrowolnie wypiła krew wampira (choć zrobiła to już parę razy). Ale tak bardzo przydałby potrzebowała zastrzyku energii…
    Nie było sensu się spierać, czy próbować przekonać Pierwotnego do zmiany zdania. I tak zrobi to, na co ma ochotę. Bez słowa odwróciła wzrok i cicho westchnęła. Wiedziała, że dla większości wampirów jest tylko przekąską, lecz istnieli tacy (a było ich doprawdy niewielu), którzy znali specjalne właściwości jej krwi. Była niezwykle smaczna, wprawiała w cudowny nastrój i jeszcze umożliwiała chodzenie za dnia, to ostatnie jest nieco naciągane, jednak nie każdy zdawał sobie z tego sprawę, niestety. Prychnęła głośno słysząc słowa wampira. Czuła do niego nienawiść, obrzydzenie i coś jeszcze, czego nawet nie potrafiła nazwać.
    - Naprawdę sądzisz, że odrobina mojej krwi umożliwi ci wychodzenie za dnia? Jesteś tak głupi, czy łatwowierny? – Spytała spoglądając na niego niechętnie. Wiedziała kto mu to powiedział, lecz nie wiedziała po co. Czyżby chciał się jej pozbyć nie brudząc przy tym swoich arystokratycznych rączek? – Dzięki mojej krwi mógłbyś przebywać na słońcu zaledwie kilka godzin, ale ja nie zamierzam umożliwić ci nawet tego. – Rzuciła i spojrzała na Klausa. - Nie. – Odpowiedziała niemal natychmiast. Mówiąc to jedno, krótkie słowo być może przyczyni się do śmierci kilku wampirów. Doskonale o tym wiedziała, jednak nie potrafiłaby powiedzieć „zabij ich”, bo to by było zbyt bezpośrednie. Powoli odkrywała swoją mroczną stronę, co nieco ją przerażało. Zadziwiające, jak łatwo przyszło jej wydanie wyroku na tych krwiopijców. W dodatku nawet się przy tym nie zawahała - podjęła decyzję w ułamku sekundy i nie zamierzała jej zmienić. Czy zasłużyła już na miano mordercy?

    [Jasne, mi to pasuje :)]

    OdpowiedzUsuń
  13. - Nie, z tym to raczej u mnie problemu nie ma. - Uśmiechnął się szeroko do niego. Teraz niecierpliwie czekał na realizację zamówienia. - Jedzenie to u mnie rzecz, której praktycznie nigdy nie odmawiam. - No cóż... Każdy miał jakieś swoje wady i grzeszki.Byleby gorszych nie miał na sumieniu.
    - Nie wiedziałem, że znasz mojego dziadka. - Powiedział zaskoczony nastolatek. - Ale przynajmniej zaoszczędzimy czasu. - Dodał po chwili. - Wiesz... Nie trzeba będzie was znowu sobie przedstawiać i takie tam. - Uśmiechnął się rezolutnie. - Ale kłopoty i tak będę miał. - Coś musiało być na rzeczy,że Raph miał tak wkurzoną minę.
    - Klaus... - Wycharczał wściekle.
    - Dziadku, trochę milej. To jest właśnie mój wybawca i dobrodziej, który mi pomógł, a o którym tobie opowiadałem. - Uśmiechnął się dumnie Aidan.
    - Wypuścić ciebie tylko z domu, a przywleczesz wszelakie zło tego świata do domu. - Powiedział senior rodu do Aidana.
    - No to teraz ciebie nie rozumiem. Najpierw mówisz, że chętnie tego kogoś poznasz... A teraz psy wieszasz... - Chłopak wyglądał na zdezorientowanego i nieco zakłopotanego.
    - Aidan do domu!
    - Wyluzuj dziadek. Nic się złego przecież nie dzieje. - Zaśmiał się cicho. Sam nie wiedział dlaczego. Chyba tylko po to, aby rozładować napiętą atmosferę. - Klaus, chcesz może wpaść do mnie na piwo? - Zapytał bez zastanowienia nastolatek. Co jak co, ale Aidan był jeszcze młody, głupiutki i nieco (a nawet bardziej niż "Nieco) naiwny.

    OdpowiedzUsuń
  14. [ Noo czeeść przyjacielu. No ja jestem za, ale myślę, że trzeba to porządnie do przodu popchnąć by coś się działo, o! Ja akurat korzystam z onenote i wszystko mi się zapisuje z automatu, heh.]

    Albert

    OdpowiedzUsuń
  15. [ hehe nie z onetu, a z OneNote- jest w pakiecie office ;D Mam swoje odpisy, bo przeważnie tam pisze!
    Myślę, że mogę już jakoś konkretnie opracowywać plan co do jakiegoś getta ALBO porwać jakiegoś zaangażowanego w to typka, oczywiście nafaszerowanego werbeną, a oni, że chcą się czegoś dowiedzieć musza się z nim troszkę pobawić *.*

    W sumie to nie wiem, dzisiaj czeka na mnie jeszcze compra, ale jesli Ci odpowiada- o zaczęcie się nie obrażę :D]

    OdpowiedzUsuń
  16. [nie bij za długość, nie mam za dużo czasu przy komputerze, a na telefonie aż nadmiar, ale to tyle ile potrafię wykrzesac z siebie w wannie i przy okazji nie widzę tak powierzchnownie jaką to ma długość]

    Śledził wiadomości... Ha ha... Dlaczego odniosłem dziwne wrażenie ze oglądał je z nadzieją, że znajdzie pretekst żeby znowu wpakowac mnie do swoich ukochanych skrzynek? Czasami zbytnio przypominał naszą ukochaną matkę. Lepiej trzymać rodzeństwo w trumnach zamiast pozwolić im normalnie żyć. Bo jeszcze sobie krzywdę zrobią, albo komuś. Jakby nie zauważył, on też był krwiożerczą bestią mordującą w szale. Jak cała ta chora rodzinka był dwulicowy. Raz pokazywał jak bardzo mu zależało na tej naszej dysfunkcyjnej relacji, a potem znów obracał nasze zaufanie przeciwko nam. Sam nie byłem święty, ale przynajmniej wszyscy wiedzieli czego się po mnie spodziewać.
    O dziwo tu przyjechałem. O dziwo znowu postanowiłem mu zaufać. Pod koniec stulecia znani nam ludzie, czarownice czy wilkołaki dokonają żywota. Znajome wampiry pozyją trochę dłużej, ale i tak większość z nich nie dotrwa do następnego milenium. W końcu i tak pozostaniemy sami. Nie pozostaje nam nic innego jak w kółko sobie wybaczać. Nie zdzwiwie się jeśli będziemy zataczać to błędne koło do końca świata.
    - Raz było blisko. - Uniosłem kącik ust ku górze na wspomnienie małej rzezi, która przytrafiła mi się w napadzie gniewu. Musiałem przyznać, ze przez ten błyskawiczny rozwój social mediów coraz trudniej było ukrywać moje większe zbrodnie. Z pojedynczymi ofiarami nadal nie było większego problemu. - Czyli twierdzisz, że nie dasz rady nakreślić szlaku moich ofiar? Co do wieści, to te co zwykle: nowe życie. Wszyscy z przed stu lat są albo martwi, albo cholernie dobrze się ukrywają.
    Spojrzałem pogardliwie na jego rozłożone ramiona, żeby zrobić mu na złość i uśmiechnąłem się kąśliwie przekraczając pewnym krokiem próg domu, licząc na to, że Klaus nie przygarną sobie do domu nikogo żywego i nie odbije się od niewidzialnej bariery jak kot od szyby.

    OdpowiedzUsuń
  17. [No, dobry pomysł. Tylko ja jakoś nie mam pomysłu, w głowie siedzi mi tylko to, jak zabrać się za obiad. Hej, a może jakaś kąśliwa wiedźma sprzed lat da o sobie znać?]
    Rebekah

    OdpowiedzUsuń
  18. [Klaus, Klaus, Klaus, jasne, że wątek musi być, dwóch bardzo złych (chociaż Mikaelsonowi zależy na rodzinie w przeciwieństwie do Kai'a).
    Nie oglądam Oryginalnych, więc nie wiem jak tam sytuacja z czarownicami, ale pomyślałam, że może Nik miałby problem z jakimś niewielkim sabatem bezczelnych wiedźm, a że Kai m- rządny mocy (i krwi) się nawinie...
    Na razie tylko to, może wieczorem podrzucę coś więcej :)]

    Kai

    OdpowiedzUsuń
  19. [Wywiad brzmi świetnie. Naczelny może ogłosić, że znalazł wampira do wywiadu i jedyną chętną do jego przeprowadzenia okaże się Lucy. Przybędzie do rezydencji Klausa, będąc przekonaną, że to przecież tylko zwykły wampir, co Ty na to?
    I może zaczniemy od szynki, a w miarę rozwoju ich znajomości będzie trochę lepiej? Dajmy na to, że niektóre pytania Klausa mogą irytować, bo Lucy nie wierzy w to, że oni w ogóle mogą czuć i dlatego tak będzie przyciskać w kwestii uczuciowej, a któregoś tam dnia od wywiadu, po ukazaniu się tekstu w prasie, uratuje go przed nastoletnimi fankami, a właściwie uratuje te pseudo fanki, żeby przypadkiem Klaus ich nie pozabijał? :) I tutaj ich relacje mogłyby się już o jeden stopień ocieplić...]

    Lucy

    OdpowiedzUsuń
  20. [Oby odpowiadało! :)]

    Czytała „Wywiad z wampirem” jeszcze jako nastolatka, chociaż nigdy nie czuła zbyt dużej fascynacji książkami tej autorki. Wszystko zbyt koloryzowała, nadawała każdemu wydarzeniu otoczki prawdziwego dramatu i czyniła z niektórych krwiopijców istoty czujące, a Lucy – wraz z genami ojca – nabyła też jego przekonania o tym, że wampiry nie mają prawa czuć, że są drapieżnikami i kieruje nimi wyłącznie żądza mordu, co logiczne, bo przecież w ten sposób zdobywali pożywienie. Mimo wszystko, panna Walker nie widziała dla nich żadnego usprawiedliwienia nie licząc fascynacji ich życiem. Była ciekawa tego, jak funkcjonują. I nie chodziło tu o to, że chciała dokonać wielkiego odkrycia o tym, że wampiry mają „serce”, ale była ciekawa ich fizjonomii, tego jak funkcjonuje ich organizm, jak reagują na różne bodźce, czy są w stanie odczuwać ciepło i zimno, czy podobnie jak ludzie reagują na delikatny dotyk…
    Dlatego nie mogła odmówić okazji, którą redaktor naczelni gazety podsunął jej pod sam nos. Jeden z wampirów, podobno jeden ze starszych w mieście, zgodził się na to, aby opowiedzieć co nieco, sprawiając tym samym, że ludzki pierwiastek nie będzie miał nic przeciwko temu, że ruch oporu ucichnie, a i nikt nie będzie robił nagonki na tych, co również logiczne, sporo silniejszych. Dziennikarze, fotoreporterzy i każdy inny związany z działalnością gazety został zwołany na to zebranie w największej sali konferencyjnej. Lucy stała pod ścianą nieopodal drzwi, wysłuchując orędzia naczelnego. Nic nie mogła poradzić na to, że jej serce zaczęło bić szybciej, a rumieńce wystąpiły na policzki. Nabrała powietrza w płuca i pospiesznie rozejrzała się po pomieszczeniu. Wszyscy jakby pobledli, nikt się nie zgłaszał, naczelni stukał nerwowo długopisem o blat długiego stołu. Wystąpiła wtedy przed szereg. Wyraziła chęć, zebrała sporo spojrzeń świadczących o tym, że widocznie nie należy do najnormalniejszych, skoro wystawia się na szybką, ale pewnie bolesną śmierć. Parę osób kiwało głowami, parę kobiet odmawiało modlitwy pod nosem, a Lucy odebrała zalecenia naczelnego, dopilnowała tylko, żeby usłyszeć, kiedy mija termin nadesłania tekstu, nim rozpoczął się rozgardiasz, bo pierwszy szok minął i czmychnęła od tych, którzy teraz ją potępiali.
    Musiała się przygotować.

    W poniedziałkowy wieczór, cztery dni po zebraniu w redakcji, mając przygotowany dyktafon, notesik i parę długopisów, wysiadła z taksówki pod posiadłością wskazaną przez naczelnego. Weszła na ścieżkę prowadzoną do sporego domu. Niepewnie rozglądała się na boki, poprawiając na ramieniu dużą torbę, w której miała na wszelki wypadek nawet gaz pieprzowy! Jakby wierzyła, że to ustrojstwo może ocalić jej życie.
    Biorąc głęboki wdech w płuca zapukała do drzwi swoją drobną piąstką, nawet się nie zastanawiając, czy gdzieś jest dzwonek, czy może aby użyć kołatki, o ile tam taka była. Zapukała rytmicznie dwa razy i cofnęła się o krok, marszcząc nosek.
    — Dasz radę, Lucy. Całe życie przed tobą… — wyszeptała, wypowiadając swoje myśli, jakby to w razie czego miało ocalić jej życie.

    OdpowiedzUsuń
  21. [ W sumie to fajnie by było, gdyby jeszcze się nie znali i nie wiedzieli nic na swój temat, przez co Hayley nie będzie wiedziała, na co się pisze. Takie w sumie obojętne relacje, przynajmniej z początku, bo potem mogą się nawet nienawidzić. ]

    Hayley

    OdpowiedzUsuń
  22. [Ja też nie wiem... wiesz, kiedyś myślałam nad wątkiem półtora tygodnia, więc może... ;)]

    OdpowiedzUsuń
  23. Nawet jeżeli się znali (i to dosyć dobrze, jak to podkreślił Klaus) to chyba za sobą nie przepadali. Tak przynajmniej wywnioskował Aidan. No bo, gdyby to byli starzy przyjaciele, którzy nie widzieli się od lat... To dziadek na pewno przyjaźniej by na niego patrzył,
    - Dlaczego miałby mi dać szlaban? - Zapytał Aidan, ale widząc pomarszczoną grymasem twarz Raphaela, wolał więcej o nic nie pytać. Kłopoty i tak czy siak będzie miał. Już miał przed oczami te godzinne kazania, które i tak zakończą się ogromną awanturą. Młody (jeżeli nie najmłodszy) Collins skinął lekko głową. Przez moment zapomniał o zamówionym jedzonku. A co jak co, ale jedzonko jest bardzo ważnym elementem w jego życiu.
    Poszedł do Giny ta spojrzała na niego uważnie.
    - Chyba się nie polubią. - Stwierdziła.
    - Z tego co rozumiem to chyba nigdy się nie lubili. - Odpowiedział chłopak. - I raczej na zmianę pogody się nie zanosi. - Puścił do niej oczko. Przy okazji udało mu się (w końcu!) zdobyć numer dziewczyny.
    ***
    - I to mi mówi ten, który co rusz sztyletuje swoje rodzeństwo. - Powiedział Raphael. - Dla takich jak ty... Ja nie mam ani krzty szacunku. - Zacisnął usta w cieniutką kreskę.
    - Mam, mam! - Odkrzyknął, wracając do nich uradowany i cały w skowronkach. Chłopak nie wiedział do końca o co im chodziło. - Wyglądacie tak, jakbyście zaraz mieli sobie do gardeł skoczyć. - Stwierdził. - O co poszło? - Zapytał. - Ważne sprawy? - Spojrzał na nich. - O co wam chodzi?

    OdpowiedzUsuń
  24. [A co powiesz na coś takiego: Łowcy otumanili (jakimś sposobem Klausa), kopaliby itp. hybrydę. Wydaje im się, że nikt ich nie widzi, że nikogo nie ma, a wcale tak nie jest, bo wszystkiego z ukrycia przygląda się Emma. Tamci chcą Mikaelsona przewieźć do jakiegoś laboratorium, no ale, że są za leniwi, aby go poddźwignąć, to uznają, że i tak nikogo tu nie ma, więc skoczą po jakieś nosze (czy cuś). Zostawiają go samego, a w tym czasie Emma zacznie ciągnąć "tego biednego poobijanego przez jakichś łobuzów człowieka". I kiedy Klaus się ocknie to nie będzie wiedział o co chodzi. Wiesz... Leży nie splątany, z tv lecą kreskówki, jakiś bachor drze mordę do piosenki z Myszką Miki, a sam ma jakieś opatrunki na łbie. Zaraz wyłania się Emma z jakimś ciachem (czy cuś) i mu tłumaczy o co kaman xD]

    OdpowiedzUsuń
  25. Przyglądała mu się w milczeniu, kiedy krążył po pomieszczeniu i wyraźnie się nad czymś zastanawiał. Delikatnie zmarszczyła brwi widząc, że robi kołek z kawałka drewnianego oparcia. Z początku nie miała pojęcia, po co mu to narzędzie, ale już po chwili zrozumiała. Bez słowa utkwiła wzrok w kołku, który trzymała w dłoni. Czy Klaus naprawdę sądził, że jest zdolna zabić? To miał być jakiś sprawdzian? Spojrzała na więźnia z odrazą. Pomyślała o tym, ile razy musiała uciekać, ile razy traktowano ją jak przekąskę, ile razy chciano ją wykorzystać. Obraźliwe słowa wylatujące z ust krwiopijcy wyprowadziły ją z równowagi. Skumulowała w sobie wszystkie negatywne emocje, zamachnęła się i wbiła mu kołek prosto w serce. Wpatrywała się w niego jeszcze przez chwilę, a kiedy zrozumiała, co właśnie zrobiła, puściła kawałek drewna i zszokowana odsunęła się od wampira, który był już martwy. Definitywnie martwy. Czy ona naprawdę pozbawiła życia drugą osobę? Popatrzyła na swoje dłonie nadal nie mogąc uwierzyć w to, ile gniewu oraz złości w sobie miała. To wszystko stało się tak szybko… Zachowała się, jakby była pod wpływem czaru. Zrobiło jej się słabo, a w głowie zakręciło. Z trudem odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wyjścia. Gdyby nie Pierwotny, niczego by nie zrobiła. On ją do tego zmusił! To przez niego zabiła! Och, doprawdy? Przecież jej nie groził, nie zaatakował, ani nie podsunął noża do gardła. Co się z nią działo?!

    OdpowiedzUsuń
  26. [ Witam! Nie może być inaczej i między nimi wątek musi być. Trzeba tylko jakoś zacząć ciekawie. ]

    Katherine

    OdpowiedzUsuń
  27. [ Aż no nie chce jej dać spokoju, a już bidulka spokojnie żyła, a ten dalej będzie się znęcał. Gdzie tu sprawiedliwość? Klepać po ramieniu to nie, ale jakiś sposób spokoju. Ale jaki to miałby być sposób znęcania? ]

    Katherine

    OdpowiedzUsuń
  28. Odkąd przyjechałam tutaj moje życie nie zmieniło się za bardzo. Nadal byłam szaloną matką. Nadal uciekałam przed zgraja wampirow. Nadal też ledwo wiązałam koniec z końcem. Ale przez chwilę zaznalam świętego spokoju.
    W wolnym czasie, kiedy Mia pozostawala pod opieką sąsiadki przyjezdzalam do lasu. Aby wyciszyć się i na spokojnie poukladac różne sprawy w głowie.
    I kiedy tak rozmyslalam uslyszalam okropny wrzask... Jakby ktoś krzycZał. Pierwsza myśl była taka, abym uciekała. Ale zaraz pomyślałam, że ten biedny ktoś może umrzeć. A ja mu nie pomoglam!
    Cicho skradlam się i obserwowalam to co robili tamci. Okropne bydlaki! Jak tak można? Kilku na jednego, biednego człowieka! Aż coś się we mnie zagotowalo.
    Tamci wspomnieli coś o noszach w samochodzie. Ten stał dość daleko. Może wystarczy mi sił i czasu... Nie myśląc wiele zgarnelam mężczyznę i powloklam go do swojego auta. Do najlzejszych nie należał, ale dałam radę.
    Przywiozlam go do siebie. Wtaszczenie go na trzecie piętro było nie lada wyczynem.
    - Jezus Maria...Co oni mu zrobili... - Wyszeptalam, zakrywajac dłońmi usta. Sąsiadka wyszła błyskawicznie. A ja puscilam córce bajki i zajelam się pokrzywdzonym. Trochę mu krwi ubyło. Niektóre rany oczyscilam woda utleniona. A podarta kurtke wrzucilam na maszynę i "przywrocilam do życia". Maszyna do szycia to bardzo przydatny wynalazek.

    OdpowiedzUsuń
  29. [Gdzie stanęłyśmy w wątku? Bo z tego co pamiętam, to już przyjechali do szpitala.]

    OdpowiedzUsuń
  30. Przysłuchiwał się im z zaciekawieniem. Aż żałował, że kupił sobie zestaw zamiast popcornu. Zmarszczył brwi, kiedy Klaus zaczął mówić o jego rodzinie.
    - Phil jest teraz najsłabszym ogniwem. Predzej czy później ktoś go zabije... - Zaczął Raphael.
    - Jeżeli nie zapomniałeś to jest też twoim synem a moim ojcem.
    - Nie wtrącaj się Aidan. - Raph spojrzał gniewnie na wnuka. - Powinieneś być już w domu. A ty... - Przeniósł wzrok na Nika. - Przestano chrzanić głupoty. Powiedz mi tylko... Czego zachciałeś w ramach wdzięczności...
    Kiedy dziadek odgrażał się hybrydzie Aidan stał w bezruchu. Cały jego świat powoli zaczynał rozsypywac się.
    - O czym on mówi? - Zapytał nastolatek. - Przez całe życie wszyscy mi mówili, że mama mnie zostawiła... Że nienawidziła mnie... Teraz słyszę co innego... Który z was kłamie? I co to ma na celu? Powiedzcie mi, bo chyba tego nie rozumiem... - Złapał się za głowę. - Dlaczego tak o nich mówicie? - Zapytał, mając na myśli ojca i matkę.
    - Aidan... Wracaj do domu. To są nasze sprawy.
    - Przestań w końcu mi mówić co mam robić. I chętnie posłucham o swojej mamie. - "Mimo iż to jej krew spływa po mych dłoniach." - Dodał w myślach.

    OdpowiedzUsuń
  31. [Czyli nie budzimy złego Gargamela?]
    Rebekah

    OdpowiedzUsuń
  32. [Ok. Coś mi we łbie świta. A potem robimy jakąś rozpierdziuchę w szpitalu?]

    Poszedłem przed siebie, wiedząc, że już Klaus powinien raczej trafić do brata. No, chyba, że napotka jakieś po drodze kłopoty. Ale raczej nie powinien. Pora obiadowa wśród pracowników (nie tylko tego szpitala) była takim małym świętem. Świętem, którego nie należało celebrować zbyt głośno.
    - O, Francis. Miło cię widzieć. - Powiedział szef tego całego przybytku. - Co cię do mnie sprowadza? - Zasiadł za swoim biurkiem nonszalancko zarzucając nogę na nogę.
    - Przyszedłem po ten papier z podpisem... Tym o przyjęciu rezygnacji. - Wyjaśniłem krótko i stanowczo.
    - Ach, tak... Coś pamiętam. To jest ostateczna decyzja? Nie będziesz tego żałował? Wiesz, cieszymy się sporym szacunkiem. Twoja matka doskonale wiedziała, jak ciężko było mnie przekonać. No, a ty jesteś obiecującym studentem... - Zaczął nawijać doktorek.
    - Ale nie podobają mi się metody wasze- odpowiedziałem- Moim zdaniem pacjenci powinni być lepiej traktowani- udawałem zupełnie niekumatego w tych tematach.
    - Ale ja odmawiam złożenia podpisu- wytrzeszczyłem oczy, kiedy to usłyszałem- A co gorsza, oczywiście dla ciebie, to nie zaliczysz tych praktyk, jeśli nie będziesz przychodził. Ktoś tutaj chyba nie czytał tego, co podpisywał- powiedział jakoś niezwykle zadowolony, a mnie szlag jasny trafiał właśnie w tym momencie.

    OdpowiedzUsuń
  33. [Misji jeszcze nie wymyśliłam, z wiekiem zakładam, że sam nie wie bo wiek mój w ludzkich latach mierzony być nie może. I zmieniłam z okruszka na szynkę c: Będzie większa zabawa.

    Podoba mi się pomysł. Może akurat ten anioł będzie jakoś bliżej spokrewniony z dziewoją, np. byli w tym samym chórze? Albo w ogóle byli rodzeństwem i oprócz swojej misji, Arthur szuka jej, licząc, że znajdzie ją w takim piekiełku? Więc ruszy dupę do Niklausa. Albo Niklaus dowie się, że ktoś go szuka i spotka Arthura na ulicy, jak ten, sam bezdomny i śmierdzący, oddaje swój płaszcz innemu bezdomnemu. I się zdziwi po co taka dobra duszyczka go szuka. ]

    Arthur White

    OdpowiedzUsuń
  34. [ Jeśli coś wymyślę to oczywiście z korzyścią dla Kath, muszę o nią dbać :) ]

    Katherine

    OdpowiedzUsuń
  35. [Arthur może nie wiedzieć, że Klaus ma wymazaną pamięć.
    Tylko powiedz mi kiedy to było? W sensie, żebym coś więcej wiedziała z zarysu historycznego o ich romansie.
    Mogę zacząć jak chcesz c: Lubię zaczynać. ]

    Arthur White

    OdpowiedzUsuń
  36. [Na wstępie powiem, że pomysł oczywiście bardzo mi się podoba. XD]

    Wyjeżdżając z Mystic Falls Caroline starała się nie rzucać za bardzo w oczy. Było to dla niej dosyć trudne, no ale cóż – musiała uważać, bo była zdana tylko i wyłącznie na siebie. Po kilku dniach swojej podróży zatrzymała się w małym miasteczku, którego władze obsesyjnie dodawały werbenę do wszystkiego. Niestety, była zdecydowanie za bardzo roztrzepana i za mało uważna, żeby zwrócić na to uwagę. Ściągnęła na siebie tropicieli, którzy śledzili ją do samego Last Chance. I nie poprzestali na wjeździe do miasta. W końcu znaleźli ją w hotelu, a jej pozostało tylko jedno wyjście.
    Wiedziała doskonale, że w mieście jest osoba, która jako jedyna mogła ją wyciągnąć z tego bagna. Klaus. Mówiąc szczerze, wcale nie uśmiechało jej się prosić go o pomoc – po raz kolejny – ale musiała to zrobić, bo w tym mieście nie znała jeszcze nikogo kto mógłby jej pomóc.
    Wpadła na pewien ryzykowny, ale bardzo skuteczny plan. Domyślała się, że Klaus był bardzo znany pośród nadprzyrodzonej społeczności Last Chance, dlatego zaczęła o niego pytać. Oczywiście w międzyczasie próbowała się również do niego dodzwonić, ale zaprzestała po jakimś piętnastym nieodebranym połączeniu.
    Kilka dni po rozpoczęciu „poszukiwań”, gdy po zachodzie słońca wychodziła z hotelu została zaczepiona przez pewnego mężczyznę.
    - To ty szukasz Klausa Mikaelsona? Chodź za mną. – Chodź rozum podpowiadał, że nie powinna ufać jakiemuś przypadkowemu wampirowi, to ona kierując się impulsem ruszyła tuż za nim w stronę centrum miasta. Poczuła się nieswojo, gdy skręcili w ciemną uliczkę, ale po chwili zamajaczyła jej przed oczami znajoma postać.
    - Klaus. Nie wierzę, że to mówię, ale musisz mi pomóc. – Nie była pewna, czy wiedział, że to ona go szukała, ale była pewna, że pierwotny bez problemu rozpozna jej zapach i głos.


    [Wiem, wiem - strasznie naciągany ten początek, ale mam nadzieję, że mi to wybaczysz. Kompletnie nie miałam pomysłu, jak Caroline mogłaby znaleźć Klausa, dlatego wyszło jak wyszło. :)]

    Caroline F

    OdpowiedzUsuń
  37. [ Wiem <3
    To znaczy, że Arthur, wiedząc gdzie szukać, mógł zdobyć jej zdjęcie. Albo lepiej, zdjęcie anielicy w objęciach Klausa w jakiejś gazecie, bo byli na jakimś przyjęciu czy coś. Może tak być? Wiesz, wolę takie rzeczy dopracować, bo mnie ciągle ktoś osądza o przesadzanie.
    A ja uwielbiam szczególiki. ]

    Arthur

    OdpowiedzUsuń
  38. [Bo dbam o to, by jedzenie pasowało do otoczenia, sposób wysławiania się postaci do jej klasy społecznej (czy w tym wypadku rasy), moje postacie muszą chodzić do toalety, śmierdzą jak się nie myją i tak dalej. No i niektórzy uznają, że przeginam. Dla mnie takie zwykłe zdjęcie musi być omówione. ]

    Arthur

    OdpowiedzUsuń
  39. Był człowiekiem od niedawna. Przeznaczenie pchało go w stronę Last Chance, ale oszczędności Arthura White’a były dla niego poza zasięgiem. Konto zamrożone przez firmę windykacyjną aż do ściągnięcia należności za niespłacany kredyt. Nikomu się nie spieszy jeśli właściciel konta nie zadzwoni, a anioł nie wie, że musi to zrobić. Z burczącym brzuchem, gotówką znalezioną po kątach w mieszkaniu swojego naczynia i nadzieją w oczach skierował się w stronę dziwnego miejsca, azylu takich jak on, istot nie z tego świata.
    Chłonął wszystko swoimi ludzkimi oczami. Bilbordy reklamujące Czystą Krew, biedę i bogactwo żyjące obok siebie, wszystko co widział jako anioł, różniło się znacząco od odczuć ludzkich. Ich empiryzm był ograniczony, ale jakże inny! Mógłby godzinami wpatrywać się w ludzkie twarze, dotykać i wąchać nowe rzeczy.
    Miał dwie misje. Jedną, mogącą zaważyć na wielu rzeczach ludzkich i boskich oraz drugą, prywatną. Musiał poszukać anielicy, która upadła dla pewnego wampira, hybrydy, Niklausa Mikaelsona. Tyle wiedział. Podobno znany na całym świecie.

    Zdrętwiałe z zimna palce przesuwały po paciorkach różańca. Modlił się cicho w bramie, miętosząc w ręce wydrukowany skan ze starej gazety. Mały artykuł o jakimś święcie plonów we Włoszech. Cichy głos świadomości jego naczynia podpowiedział mu co to jest. Arthur White był bardzo pomocny, choć lekko oszalały. Umysł człowieka nie potrafił pojąć obecności tak czystej istoty w swojej głowie. Tak odmiennej, tak pełnej wiedzy. Tak niewinnej i jednocześnie śmiercionośnej. Zdjęcie przedstawiało zdjęcie lekko obejmującej się pary przy suto zastawionym stole, w otoczeniu innych biesiadników. Kobieta to właśnie Leila. On to wampir.
    Liczył, że tam gdzie go wiedzie moc Boża, znajdzie któreś z nich.
    Pozostał w Last Chance, gdzie ciągnęła go i moc i domniemana obecność Klausa. Wypytywał różne osoby, pokazując zdjęcie, nie wiedząc za bardzo jak się do tego zabrać. Arthur też nie wiedział.
    Zdrowaś Mario, łaski pełna… - szeptał. Zobaczył staruszka, tak samo bezdomnego jak on, siadającego naprzeciwko i liczącego drobniaki.
    Przerwał modlitwę. Schował i różaniec i papier do kieszeni wytartych spodni. Zdjął z siebie płaszcz i podał go mężczyźnie. Ten spojrzał zdziwiony na równie obdartego jak on Athura, który pozbywał się całkiem dobrego i jeszcze nie zniszczonego odzienia.
    - Proszę. Lepiej żeby jednemu było ciepło niż dwojgu zimno – powiedział do starego filozoficznie, wracając do swojej modlitwy. Ciemność już dawno zasnuła to przeklęte miejsce.

    Arthur White

    OdpowiedzUsuń
  40. Byłam z siebie niesamowicie dumna. Udało mi się go w miarę poskładać. Musiał komuś bardzo podpaść, skoro poczęstowali go śrutem. I to na dodatek z wiatrówki. Ale ten udało mi się wyciągnąć odkażoną pęsetą. Wszak nie siedziały aż tak głęboko, aby używać szczypiec. Co prawda podwalonych z uniwersyteckiego laboratorium, ale jednak.
    Małą zostawiłam w pokoju i puściłam jej bajki. Przynajmniej przez jakieś półtorej godziny będzie siedziała spokojnie. A sama uznałam, że dobrze byłoby coś upiec, bo to tak głupio gościa niczym nie poczęstować. Nawet, jeżeli ten był ledwo żywy.
    Ciasto już było prawie gotowe. Jeszcze kilka lukrowanych ozdób...
    - No, i to mi się podoba- stwierdziłam, uśmiechając się. Rozejrzałam się po kuchni i uznałam, że trzeba sprzątnąć ten syf.
    ***
    Urocza blondyneczka podeszła do nieznajomego. Tym samym zostawiając oglądanie na VHSie Myszkę Miki. No i śpiewanie do telewizora.
    - Ja jestem Mia. Jak się nazywasz?- zapytała, baczniej mu się przyglądając z dosyć ciekawą miną- Boli?- dotknęła jego czoła- Fu- skrzywiła się, kiedy zobaczyła czerwone plamy.
    - Maamooooo!- zawołała- Chodź tutaaaj!- wydarła się swoim piskliwym głosikiem przez pół pokoju.
    ***
    Weszłam do pokoju z ciastem na talerzyku. A kiedy zobaczyłam, że nieznajomy się ocknął, uśmiechnęłam się lekko.
    - Ktoś ci zrobił z dupy niezłą jesień sredniowiecza. Jak się czujesz?- powiedziałam pół żartem, pół serio, stawiając przed nim kawałek ciasta- Nie wiem czy jest wszystko co popadnie, czy jesteś wegetarianinem albo weganinem... Ale słodycze raczej wszyscy lubią.

    OdpowiedzUsuń
  41. [Nie bij, nie wiem jaka długość bo na telefonie pisane]

    Nie było znowu do końca tak ze całkowicie nie obchodziła mnie rodzina. Gdyby na przykład Rebece działa się krzywda, nie wahałbym się... Nie no dobra, wykorzystałbym okazję żeby się zemścić za święta 1914. Za każdym razem musiałem wyrównywać rachunki za to, że kiedyś musieli mi nadepnąć na odcisk. Nie mogło być między nami pokoju do puki próbowali mnie kontrolować jak Nik przez ostatnie miesiące. Nie można było mi odmówić jednak starań. Może nie byłem tak wielkim altruistą by wbijać rodzeństwu sztylet w serce, ale sama moja obecność tutaj była wyrazem wiary w pokój w tej rodzinie.
    Ale nie. Klaus musi po raz kolejny poudawać, że jest moim ojcem. Odbiłem się od magicznej bariery i cofnąłem na krok. Uśmiechnąłem się sarkastycznie lustrując wzrokiem dziewczynę, nad którą pastwił się mój brat swoją osobą. - Nie sądziłem, że wyznajesz pasożytniczy tryb życia. - Oparłem się czołem o barierę strzegącą wrót domu przysłuchując się grającej muzyce. - Przynajmniej o jedno nie będziemy musieli drzeć kotów... No oczywiście o ile raczysz mnie wpuścić. - Podniosłem wzrok i spojrzalem mu w oczy. - Gdyby nie obudziła się we mnie na nowo nadzieja, że tym razem się nie pozabijamy mieszkając pod jednym dachem, nie było by mnie tutaj.
    Początek nie wyglądał obiecująco. Zwłaszcza kiedy stalem na ganku, a on wspominał cos o zraszaczach z wodą zaprawianą werbeną. Tak to my się nie dogadamy. Miałem przez chwile nawet ochote pizdnąć go w ryj plecakiem który wisiał na moim ramieniu, bo tylko on mógł przejść przez dzielącą nas magiczną ścianę. Ale ze względu na stojącą obok kobietę zdecydowałem się stać grzecznie. Dużo chcetniej rozszarpałbym jej gardło lub zabił jakimś przedmiotem by moc wejść do środka bez płaszczenia się przed Klausem. Ale ze wzgledu na łącząca nas, wciąż zanikającą braterską miłość czekałem na zaproszenie.

    OdpowiedzUsuń
  42. [Dodałam Klausa do powiązań ;)]

    OdpowiedzUsuń
  43. Mrok się zbliżał. Zaciemniał, pogłębiał cienie, kolorując je na mocniejszy kolor czerni. Dla Arthura nawet lampy straciły swój blask. Arthur się bał. Anioł nie. Nie zaskoczył go dźwięk głosu Pierwotnego, choć staruszek, zaciskając palce na płaszczu, odszedł, kuśtykając w swoją stronę. Anioł wstał powoli, kończąc modlitwę. Na boso i w samym tylko grubym swetrze było mu coraz zimnej. Trudno. Uśmiechnął się. Był chyba pierwszą osobą, która obdarzyła tę śmiercionośną istotą szczerym uśmiechem od pierwszego spojrzenia. Podniósł się. Mimo żebraczego ubrania i niezbyt pięknego zapachu, długiej brody i brudu pod paznokciami, miał w sobie coś takiego dostojnego, co umykało zdrowemu rozsądkowi.
    - Arthur White, szukałem cię od długiego czasu. – Wyciągnął w jego stronę kartkę ze skanem. – A właściwie tej kobiety. Jesteś jej ostatnim zaczepieniem w historii.
    Lustrował mężczyznę z góry na dół, ale nie było w tym żadnej wrogości, nienawiści czy innego uczucia. Po prostu go oglądał, jak ciekawy eksponat w gablotce jakiegoś muzeum. A więc tak wyglądają pierwotne wampiry? Jak ludzie. Bogowie jak ludzie. Jednak nie ludzie. I ten mrok otaczający ich, obtulający jak płaszcz utkany z najczystszego cienia. I tylko anioł jakby rozpraszał tę mgłę zaciemnienia.
    - Upadła dla ciebie, tyle wiem, Niklausie, synu Mikaela. Szukam jej dla odpowiedzi, chłopcze. Nie dla ciebie. – Oparł się o murek, czekając na reakcję mężczyzny na zdjęcie. Może jednak coś wiedział i popchnie jego poszukiwania do przodu. Może anielica była razem z nim i znalazł właśnie metę swojej podróży? Przynajmniej jej części. Oczy Arthura, ciemne jak noc, błyszczały się dziwnym wewnętrznym blaskiem nadziei. Nadzieja matką głupich, ale każda matka dba o dzieci swoje.
    Podrapał się po zawszonej głowie. Od jakiego czasu już spał po bramach lub schroniskach? Dwa lata? Chyba tak. Czym jednak był ten czas w porównaniu to życia, wielu żyć, jakie wiódł? On odwiedził Lota i zapowiedział zniszczenie Sodomy i Gomory. Był starszy od anielicy, ale łączyła ich swojego rodzaju przyjaźń.

    Arthur White

    OdpowiedzUsuń
  44. Oparła się o ścianę czując, że nie da rady dalej iść, zresztą nie miała nawet dokąd. Stała nieruchomo wciąż starając się zrozumieć, co się właściwie stało. Klaus coś do niej mówił, lecz niewiele z tego rozumiała. Przed oczami miała obraz umierającego wampira, który z pewnością szybko nie zniknie. Nagle znaleźli się na zewnątrz. Przywitał ich zimny, nieprzyjemny wiatr. Nie zauważyła momentu, kiedy mężczyzna narzucił kurtkę na jej barki, a później delikatnie włożył ręce w rękawy. Wróciła do rzeczywistości dopiero w chwili, w której zasunął zamek po szyję.
    - Czy ty… Czy ty cokolwiek czujesz? – Spytała głosem zupełnie nie przypominającym jej głosu. Sama nie wiedziała, czy pytanie kieruje do niego, czy też do siebie. Nadal miała drżące dłonie, lecz nie powstrzymało jej to przed wyciągnięciem z kieszeni paczki papierosów. Najwidoczniej nie oczekiwała żadnej odpowiedzi na zadane przed chwilą pytanie, ponieważ zmieniła temat. Nie zamierzała wracać do kwestii morderstwa, jakie popełniła. To nie był pierwszy raz, kiedy pozbawiła kogoś życia, jednakże pierwszy, kiedy zrobiła to jedynie pod wpływem emocji. Racja, nie ucieknie od tego, ale takie działanie powinno być ostatecznością.
    - Nadal upieram się przy swoim. – Mruknęła wsuwając papierosa między wargi. Wiedziała, czym kończy się spożywanie krwi nieśmiertelnych i wcale nie przypadło jej to do gustu. I zdania najprawdopodobniej nie zmieni. – Nie wiem, jak długo jeszcze tu zostanę. – Rzuciła spoglądając na Pierwotnego. Wolała nie znikać bez słowa, tak jak poprzednio, by uniknąć ewentualnej zemsty z jego strony. Widziała do czego jest zdolny. Nic więcej nie dodała. Nie musiała się przecież przed nim tłumaczyć, poza tym wątpiła, by jej sprawy w jakimkolwiek stopniu go interesowały.

    OdpowiedzUsuń
  45. [Czółko. Patrzę i widzę, żeś aktywna, więc proponuję wątek. Tym bardziej, że Tomila i Niklaus są podobni wiekiem, i oboje są z Europy, więc możliwe jest, że kiedyś się spotkali. Co powiesz na jakąś współpracę między nimi? ]

    OdpowiedzUsuń
  46. [Poprawione wszystko. Piszesz się na ten wątek?]

    OdpowiedzUsuń
  47. [Sądzę, że pozostanę przy tym. Proponuję, że oboje szukają do wytępienia jakiejś grupy łowców (na początku myślałam o Petrovej, ale nie wiem czy autorka by na coś takiego poszła). Tomila z Klausem spotkają się w barze dla wampirów, gdzie moja blondyna będzie szukała takich, a takich. I wtedy takie zdziwienie "O, Klausik, a co ty tu robisz/ kopę lat itp." Oboje wymienią się tym co już zdążyli zebrać. Albo poszliby w bardziej ustronne miejsce.]

    OdpowiedzUsuń
  48. Mia zrobiła nieco oburzoną minę, kiedy ten chwycił ją za rączkę. Zaraz jednak uśmiech wpełzł na jej twarzyczkę. Stanęła przy oknie obserwując bacznie, jak pada śnieg. Po chwili zaczęła śpiewać "Ulepimy dziś bałwana" z "Krainy Lodu".
    - Wybacz, to było niezbyt dobre pytanie- uśmiechnęłam się lekko do mężczyzny, patrząc jak konsumuje ciasto. A raczej pochłania je w natychmiastowym tempie - Cieszę się, że ci posmakowało- stwierdziłam, patrząc na pusty talerzyk- Też z córką dbamy, aby odżywiać się zdrowo. Ale czasami, tak raz na ruski rok, zdarza nam się zjeść w sieciowych fastfooderiach- zachichotałam cicho. Zaraz przyniosłam kolejne bandaże, gazę i wodę utlenioną- Muszę ci zmienić opatrunek- poinformowałam go. Kiedy ściągnęłam ten, który już nie nadawał się do użytku, zmarszczyłam brwi- Wydawało mi się, że w momencie, gdy cię tu przywiozłam ta rana była większa- mruknęłam ni to do siebie, ni to do niego- No, ale po tym co widziałam wcześniej niż przyjechałam do tego miasteczka... Z resztą nieważne- machnęłam na to ręką. Po chwili opatrunek był zmieniony. Spojrzałam na niego uważnie, kiedy zapytał mnie o to. Małą zaprowadziłam do drugiego pokoju. Nie musiała tego słyszeć.
    - Tamte bydlaki, bo inaczej nie można tego nazwać, kiedy czterech idzie na jednego... Uznali, że nie będą ciebie ciągnąć do busa, tylko przeniosą na noszach. No, a ja skorzystałam z okazji, że oni wszyscy tam poszli. I wsadziłam do swojego auta. Na początku myślałam, aby zawieźć cię do szpitala, ale uznałam, że tam będą szukali, więc przyjechaliśmy do mieszkania. Nawet nie wiesz, jak bardzo musiałam się nagimnastykować, aby wtaszczyć cię na trzecie piętro- spojrzałam na niego- A później powyciągałam ci śrut, wymyłam rany, naszpikowałam cię środkami przeciwbólowymi, nałożyłam bandaże i pozszywałam. Przywróciłam też twoją kurtkę do stanu użyteczności. I jestem Emma, a ty?- zapytałam.

    OdpowiedzUsuń
  49. Przechadzała się samotnie po uliczkach Last Chance. Zamknęła swoim domowym zaciszu te piętnaście bezpańskich kotów, co ich naprzygarniała. A teraz monotonnie nuciła "Rosemary's Lullaby". Szukała kogoś, ale nie mogła znaleźć. Obeszła wszystkie miejsca w tym przeklętym miasteczku. Ten cholerny łowca niedługo wybije wszystkich jej uczniów. Aż szlag jasny ją od tego trafiał. Wiedziała, że ten szczur jest tutaj, ale sprawnie zamaskował się.
    - Hmm... A tu to mnie jeszcze nie przywiało- przekroczyła próg jakiegoś lokalu. Skrzywiła się nieznacznie, czując przytłaczającą, wampirzą aurę. Oj, chyba nie powinna była pokazywać się w takim miejscu. Pewnym, ale także i majestatycznym krokiem podeszła do barowej lady. Spora ilość mężczyzn pożerała wręcz ją wzrokiem. Nie musiała nawet ubierać się skąpo, jak te ich kurewki, które czekały tylko na jakiegoś spragnionego krwiopijcę.
    - Szukam tego jegomościa- ściągnęła do końca kaptur z głowy i pokazała barmanowi zdjęcie łowcy. Nieco już wyblakłe i wymiętoszone od zbyt częstego okazywania innym.

    OdpowiedzUsuń
  50. [Nadal poszukujesz kogoś do bromance'u?
    Nie mam nic wielkiego, ale takie pytanie: tutaj łowcy są tacy jak w SPN czy jak w TVD? Jeżeli jak w TVD, to wszystkie nadnaturalne istoty, które zabiły łowcę miały potem tę pseudo schizofrenię czy tylko wampiry? Bo jeśli tylko wampiry, to łowcy mogliby trzymać w swoich szeregach jakąś wiedźmę, łowcy polowaliby na orydżinalnego, no i tak by się złożyło, że Klaus i Kai zawarliby pakt - Klaus pomaga mu dotrzeć do źródła energii, Kai wybija niebezpieczeństwo. Tylko nie wiem, jak naprawdę zachowałby się Nik, bo już raz pisałaś mi, że nie, bo wolałby się pozbyć Kai'a. Tak trudno coś wymyślić... Swoją drogą, już zapomniałam, jaki był Klaus xD
    No, a jakby to byli łowcy z SPN, no to mogliby jakoś przygwoździć Klausa, a że Kai pojawiłby się obok... Jeju, nie wiem...]

    OdpowiedzUsuń
  51. W przeciwieństwie do Klausa dziadek był cholernie nerwowy. Jakby chciał coś ukryć, ale niekoniecznie to się udaje. Bo najwidoczniej był ktoś, kto wiedział o nim więcej. Raphael zaczął tracić na swojej nieskazitelności i autentyczności. Nie mógł uwierzyć w to co słyszy. Czuł się tak jakoś dziwnie źle. Czuł się oszukany. Przez całe życie wmawiali mu same kłamstwa. Tak przynajmniej na to wyglądało.
    - Więc ojca też planowałeś się pozbyć? - Zapytał rozgoryczony. - Kogo jeszcze? Lindy, swojej którejś tam z kolei żony, może Marka? Kto miał być kolejny dziadku? - Zbliżył się do Ralpha, który leżał na ziemi. - Nie zamierzam przejmować watahy. Ani teraz, ani w dalekiej przyszłości. - Powiedział twardo, zdecydowanie. Spojrzał na Mikaelsona, i jeszcze bardziej zdziwionego seniora rodu. - A co jeżeli ojciec miał rację, że chce to wszystko rozpierdzielić? - Zapytał ni to siebie, ni to ich, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł. Nie miał zamiaru tego wszystkiego słuchać. Za dużo wrażeń jak na półtora dnia. A z resztą był w takim stanie, że albo zaraz siądzie i się załamie, albo rozwali wszystko, co stało mu na drodze. I padło na to drugie, bo ofiarą stała się jakaś tablica informacyjna na skraju parku.
    ***
    - Jesteś cholernym szkodnikiem Klaus. - Ralph podniósł się z ziemi. - A szkodniki trzeba tępić. - Znalazł się szybko przy hybrydzie i momentalnie skręcił mu kark.

    OdpowiedzUsuń
  52. [Jako Caroline, czy nie Caroline wątku z Klausiątkiem nie odpuszczę! ;3 masz ochotę? ;>]

    Chloe

    OdpowiedzUsuń
  53. No cóż... Nie było czego ukrywać, że nie poszło to po mojej myśli. Doktorek upierał się przy swoim, a ja przy swoim. Oj, szybko do porozumienia to my nie dojdziemy. A szkoda. On by machnął podpis i miałby mnie z głowy. No, ale nie i koniec. Podpisu jak nie było, tak nie było.
    - Szkoda, że ja na to akurat nie wpadłem- powiedziałem, kiedy Klaus zrobił z szuflad istny kebab. Teatralnie skrzywiłem się, kiedy skalpel utknął w dłoni lekarza. Ale ten cwaniak uruchomił zraszacze z werbeną. I czymś jeszcze, bo i mnie zaczęło parzyć.
    - No co za sukinsyn!- wrzasnąłem. Cholera jasna co to było? Przecież nie byłem wampirem! Czyżbym coś przeoczył? Chwyciłem jakieś nożyce i rzuciłem w faceta. Całkiem niezły ten rzut był, bo ostrze ugrzęzło w jego klatce piersiowej.

    [Wybacz to krótkie coś, ale wen mi uciekł w trakcie pisania ;-;]

    OdpowiedzUsuń
  54. [Będzie czterysta, nawet w połowie nie tak dużo jak Klaus. Nie trzeba mord bić, żeby było ciekawie, prawda?]

    OdpowiedzUsuń
  55. [Teoretycznie mogliby się jeszcze nie lubić, ale miało nie być mordobicia. Może posadźmy ich jednak przy tym kominku, co? Zawsze to jakaś odskocznia od rzeczywistości.
    A powiązanie przez kumpla brata ojca wuja siostrzenicy? Albo... Nie wiem, ale mój mózg uaktywnia się w nocy, więc coś wymyślimy.]

    OdpowiedzUsuń
  56. [W końcu!<3
    Tak więc od czego zaczynamy? Poprzedni wątek skończył się chyba na tym, że Caroline bliska była wygrzebania tej przeklętej kuli własnymi rękami(dosłownie) i pewnie zwyzywała go od psychopatów... To kończymy to? Czy może przeskakujemy do "dzień po", jak Klaus postanowił zamknąć ją w swoim domu, że niby dla jej własnego bezpieczeństwajaaaaasnee... i kolejna awantura rzucanie przedmiotami, później mogą mieś jakiś "swój moment" if you know what i mean;>]

    OdpowiedzUsuń
  57. [Jak już mowa o słońcu, to pamiętam, że było coś takiego, że on odsłonił zasłony i wystawił ją na działanie promieni serio powinien iść na jakąś terapię, nauczyć się radzenia z gniewem czy coś xD To może, żeby jej już nie torturować przeskoczymy z akcją do wieczoru, załóżmy, że straciła przytomność, Klaus opatrzył resztę jej ran i powyciągał z niej wszystko(dziwnie to brzmi;d) Caro się budzi i chce wyjść, ale kiedy tylko otwiera drzwi nie może. Jest jeszcze osłabiona, głodna i wkurzona, więc kiedy tylko nawinie jej się Klaus znowu pokaże rogi. Zacznę, tylko mi powiedz, czy tak może być? ;3]

    OdpowiedzUsuń

pisz pisz pisz pisz pisz