Strona główna Administracja Fabuła Dołącz Dla autorów

niedziela, 11 stycznia 2015

I wish I could take the pain away...



            SOPHIE LAVELLE
Wampirzyca urodzona 21.03.1894 roku w Paryżu. 19 letnie ciało. 


Jak wiele cierpień trzeba znieść, żeby mieć już dosyć? Ile dni przeżyć w strachu i żałobie, żeby nastał ten jeden moment, w którym porzuca się wszystkie swoje uczucia?
Dla Sophie było to całe sto lat ucieczek. Chwila, podczas której została złapana i pół roku spędzone w niewoli u swojego stwórcy, było największym koszmarem jaki tylko mogła sobie wyobrazić. Jeden cud, pozwalający znów jej uciec i cały miesiąc regeneracji skatowanego ciała.
Po tym wszystkim nie była już sobą. Po utalentowanej, dobrej dziewczynie nie pozostał nawet najmniejszy ślad. Wampirzyca nienawidząca tego czym jest, w jednej chwili sama stała się potworem. Ale to już jej nie interesowało. Porzucając swoje człowieczeństwo odczuła niewyobrażalną ulgę. Po raz pierwszy od swojej przemiany poczuła się tak naprawdę dobrze. Nie wspominała już tego co przeżyła. Nie wspominała wymordowanej rodziny, a wszystko inne stało się obojętne. Ważna była ona i jej pragnienia. Nie widziała już nic złego w zabijaniu śmiertelników, przecież to tylko ludzie, prawda? Ona była wampirem, a oni jej pożywieniem i to wszystko. Polubiła swoje nowe oblicze. Siłę, jaka zaczęła wzrastać wraz z piciem świeżej krwi. Teraz śmieje się z tej biednej, wystraszonej dziewczynki, pijącej krew zwierząt, którą była kiedyś. Czasami gdzieś z tyłu jej głowy pojawia się myśl, że może nie powinna taka być... Jest jednak bardzo ulotna i wampirzyca przestaje się nią przejmować. Bo jak mogłaby teraz stać się znowu sobą? Jak mogłaby poradzić sobie z tym, co robiła przez ten cały czas bez uczuć? Spojrzeć sobie w twarz, wiedząc jakim stała się potworem i ilu ludzi zamordowała? Decyzja, którą podjęła była dla niej nieodwracalna i nie wierzyła, że cokolwiek, a tym bardziej ktokolwiek przekona ją do zmiany.
Teraz znalazła się w Proxeentown. Słyszała o tym miejscu i uznała, że będzie w sam raz dla niej. Może też liczyła na to, że tu nie spotka nikogo kto miał szansę poznać ją przed zatraceniem. Jeszcze przypadkiem próbowałby ją nawrócić i truć o tym co powinna, a czego nie powinna robić.
Stała się zupełnie nową Sophie Lavelle i nie zamierzała się zmieniać. 


               HISTORIA    POWIĄZANIA     POCZTA


_______________________________________________________________________________________________
No to witam ^.^
Zapraszam do wątków z Soph. Od razu jednak mowie, że damsko-damskie idą mi dość ciężko Lubie ciekawe powiązania, które można rozwijać, Soph jest nieco oporna w poznawaniu nowych ludzi, zwłaszcza w tym wydaniu xD  Podejrzewam, że niedługo Sophie wróci do normalności i odzyska uczucia. Poza tym uwielbiam jak jest dużo SZYNKI.
Wizerunek: Adriana Lima

84 komentarze:

  1. [Możemy nowy wątek zacząć :)]

    OdpowiedzUsuń
  2. [Witam serdecznie na blogu :)]

    OdpowiedzUsuń
  3. Wyszedł w trakcie imprezy. I tak nic ciekawego tam się nie działo. A po co marnować czas na nudę? No właśnie po nic. Postanowił pójść do domu skrótami, mając gdzieś zupełnie to co mówią o coraz częstszych zaginięciach. Przecież umie się obronić przed wampirami. Przed łowcami z resztą też.
    Przechodził parkiem, kiedy zauważył jak wampirzyca wypija z jego znajomego krew. "A to ci podła suka!" - Przemknęło mu przez myśli i rzucił się na nią. Przewrócili się na ziemię. Znaczy się to ona padła na ziemię, a Aidan na nią.

    OdpowiedzUsuń
  4. Spojrzał na nią wściekłym wzrokiem. Dobrze wiedziała, jak na niego działa to, ze ktoś w jego obecności pożera kogoś. A tym bardziej, jeżeli to był jego znajomy.
    - Sophie, kochanie. - Zaczął tak samo jak ona. - Nie wiesz, że to nie fajnie, kiedy robisz sobie kolację z moich kolegów? - Zapytał, unosząc jedną brew do góry. Wyczuł, że coś się stało. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu piła wyłącznie krew ze zwierzątek. Coś było nie tak, jak być powinno.

    OdpowiedzUsuń
  5. - Zawsze mogłaś rzucić się na któregoś z Nicholsonów. Ach, no tak... Zapomniałem. To by cię zabiło. - Stwierdził, podnosząc się z ziemi. - A ty nie mogłaś się opanować, tak? Z tego co pamiętam, to jeszcze nie tak dawno byłaś maniakalną wegetarianką. - Stwierdził ze złością. - Więc powiedz mi, czemu tak nagle zmieniłaś zwyczaje żywieniowe?

    OdpowiedzUsuń
  6. - Myślisz, że się nie przejmowałem tym? To się bardzo mylisz. - Powiedział chłopak. - Szukałem cię, ale kiedy już nie było żadnych wieści... Żadnej nadziei, pogodziłem się, że znowu gdzieś poszłaś sobie. Przecież zawsze odchodzisz Bóg jedyny wie gdzie. Być może uznałaś, że było miło, ale się skończyło. - Spojrzał uważnie na nią. - Owszem, było mi przykro, że tak mnie zostawiłaś, ale nie mogę przez całe zycie żyć w bólu i żałości. Z resztą... Pewnie obchodzi cię to tyle co zeszłoroczny śnieg. A jeżeli chcesz się pożywić to jest tutaj wampirzy bar. - Wyminął ją. Był wściekły.

    OdpowiedzUsuń
  7. - Bardzo mnie tym ranisz Sophie. - Powiedział, obracając się do niej. - Co się z tobą stało? - Stanął przed nią. - Nie pójdziesz tam za żadne skarby. - Po chwili uśmiechnął się lekko. - Nawet gdybyś chciała to i tak nie wejdziesz do środka. Przecież wy, wampiry, musicie mieć zaproszenie. - I chyba to chroniło imprezowiczów, którzy byli w domu. Ale nie tych, którzy zamierzali właśnie wyjść. Musiał coś zdziałać. Inaczej ona wytnie ich wszystkich w pień. - Wybacz, Sophie. - Powiedział, rzucając w nią swoją kurtką, która gdzie nie gdzie była obszyta werbeną. To mu pozwoliło na chwilę zyskać czasu. Szybko wyciągnął telefon i w połowie biegu zadzwonił do Felixa, aby nikogo nie wypuszczał pod żadnym pozorem ze środka. Już miał mówić dlaczego, kiedy coś zwaliło go z nóg.

    OdpowiedzUsuń
  8. [Cześć. Wpadnij do Tomili to ukręcimy jakiś wątek.]

    OdpowiedzUsuń
  9. - Powiedz mi Soph... Co się z tobą stało... Dawniej taka nie byłaś. Nie jesteś tą Sophie, którą znałem kiedyś. - Powiedział, łapiąc łapczywie powietrze. - Nie próbuj nawet tego. Inaczej będziesz miała na karku całą watahę wilków za to, że skrzywdziłaś przyszłego alfę. A chyba nie chcesz znowu uciekać. - Próbował jej się wyrwać. Zauważył jej długie, ostre, wystające kły oraz poczarniałe oczy. Nie zapowiadało to niczego dobrego. - Nie pozwolę ci, abyś zabiła moich przyjaciół. Już zbyt dużo ich straciłem, abym mógł o tym spokojnie mówić. - Wycedził przez zęby.

    OdpowiedzUsuń
  10. - Nie stałaś się lepsza. Stałaś się nieczuła. Poszłaś drogą na skróty. - Odpowiedział chłopak, odzyskując siły i zrzucając ją z siebie. - Owszem, chciałem, ale nie pragnąłem tego, abyś przestała okazywać uczuć. Było nam dobrze, pamiętasz? - Zapytał. - Pamiętasz naszą ostatnią kolację? Ten ostatni film, który obejrzeliśmy. Był o miłości. Sama go wybrałaś... - Patrzył jej prosto w oczy. - Chcialbym, aby znowu tak było. Abyśmy znowu zwiewali gdzieś przed moim popapranym dziadkiem... Mogli mówić czułe słówka... Żebyś była sobą... Tak jak kiedyś... - Głos mu zadrżał. - Mieliśmy plany na przyszłość, czy pamiętasz? Więc dlaczego znowu ranisz tych, którzy są tobie bliscy? Co się dzieje Sophie? - Zapytał z wyrzutem. - Wyjaśnij mi to, bo nie rozumiem.

    OdpowiedzUsuń
  11. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  12. - Nie wiem czy może tak być... Ale bardzo mocno w to wierzę. - Odpowiedział, patrząc na nią szklanymi oczami. Podobno chłopaki nie płaczą... Ale mężczyźni to i owszem. - Myślę, że możesz być taka sama jak dawniej. Musisz się trochę postarać. - Uśmiechnął się do niej łagodnie. - Wybacz, że potraktowałem cię kurtką... Nie mam ostatnio najlepszych dni. Wszystko mi się wali. Cały świat chyba mści się na mnie za coś czego nie zrobiłem... - Spuścił wzrok w dół. - Tracę wszystko co jest mi drogie i bliskie. Spotykam osoby, które mieszają mi w moim w miarę poukładanym życiu... Nie chciałem tego zrobić. Ale nie chcę, aby moi przyjaciele umierali. Nie chcę być znowu sam. - Przeniósł wzrok na nią. Podszedł do niej i pocałował ją. - Jeżeli to nic dla ciebie nie znaczy... To pozwalam ci odejść. - Powiedział to z ciężkim sercem.

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie mógł uwierzyć w to co usłyszał. Czyżby wszystko tak nagle miało przepaść? Nie, nie... To nie było sprawiedliwe. Podobno cierpienie uszlachetnia człowieka. Ile jeszcze?
    - To nic Sophie... To nic. Trochę poboli i przestanie. Trudno się mówi i żyje się dalej. - Mówił ni to do siebie, ni to do niej. - "Don't you cry tonight
    I still love you baby
    Don't you cry tonight,
    Don't you cry tonight.
    There's a heaven above you baby
    And don't you cry tonight " - Zanucił cicho. Jednak na tyle, aby ona mogła to usłyszeć. Kiedyś, jeszcze za tych lepszych czasów, nucił jej to.

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeżeli nawet nie chciała już go, to nic. Ale on musiał nieco ugrać teraz na czasie. Dlatego też zaczął nucić drugą zwrotkę. Tyle razy już śpiewał tą piosenkę, że znał ją na pamięć. Każdy rytm, wers, słowo... - Kiedyś dla ciebie to wiele znaczyło. - Powiedział, podnosząc się. Nadal stał za nią. - Kocham cię! - Wrzasnął na całe gardło. Przez pół parku poszło echo. - I nie wiem, czy umiałbym przestać...

    OdpowiedzUsuń
  15. - Przestań tak mówić. - Chwycił ją za ramiona. - Kimże jesteś demonie i co zrobiłeś z dawną Sophie? - Zmarszczył brwi. Z minuty na minutę coraz bardziej mu się to nie podobało. - Więc po co to wszystko było? Po co obiecywaliśmy to wszystko sobie? Tylko po to, abyś miała z tego ubaw? - Zadawał jej mnóstwo pytań. - Idziemy stąd. - Powiedział, chwytając ją w pół. Przełożył przez ramię. - I nie próbuj żadnych numerów. - Teraz brzmiał groźnie, co było do niego niepodobne.

    OdpowiedzUsuń
  16. - Na chwilę obecną wystarczą mi dwie. - Stwierdził chłopak, nadal niosąc ją. - Nie wierzgaj się tak. Na kolację cię zabieram. - Powiedział z lekkim rozbawieniem, które brzmiało w jego głosie. - Możesz mnie straszyć... Ale i tak się ciebie nie boję. - Powiedział. Tym razem jakoś tak obojętnie.

    OdpowiedzUsuń
  17. - Sądzę, że nie wyrwiesz. Wiesz... To takie zbyt oczywiste. - Stwierdził, śmiejąc się. Sam nie wiedział dlaczego, ale śmiał się. Chyba oszalał. Tak, to było chyba logiczne wytłumaczenie tego. - Powiedzmy, że na razie moich przyjaciół zostawimy w spokoju. Ale najesz się do syta. Jak widzisz... Wilk syty i owca cała. - Znowu ją chwycił w pół i zaniósł do tego baru dla wampirów. - Przebieraj, wybieraj, bo nie mam czasu się cackać.

    OdpowiedzUsuń
  18. - Powiedzmy, że nie jesteś za bardzo bezpieczna dla osób z mojego otoczenia. - Odpowiedział jej, szepcząc do ucha. - Dlatego też zostanę z tobą. Mamy sporo do wyjaśnienia. Nie odpowiedziałaś mi do końca na wszystkie zadane przeze mnie pytania. A ja chcę znać odpowiedzi. - Zamówił sobie sodę. Nie patrzył na to jak ta wbija się w szyję dziewczyny. Wolał sobie takich widoków zaoszczędzić. Wystarczyło mu, że sen o matce ścigał go co noc. Więcej rozrywek nie było mu do szczęścia potrzebnych.

    OdpowiedzUsuń
  19. - Na moją i tak nie pójdziesz. - Powiedział chłopak. - Bo musisz mieć specjalne zaproszenie. A jak mniemam, to takiego nie masz. - Uśmiechnął się lekko, pijąc swoją sodę do końca. - Tak, będę za tobą ciągle łaził. - Odpowiedział na jej pytanie, zakładajac ręka na rękę. - Wiesz chcę parę słów wyjaśnienia. Zwiałaś tak szybko, nawet nie zostawiłaś kartki pożegnalnej, Nie zadzwoniłaś, nie napisałaś ni nic. - Stwierdził. - Tak się nie robi Sophie, tak się nie robi... - Dodał zawiedzionym głosem.

    OdpowiedzUsuń
  20. - Uhh... Stary, w niezłe bagno się wpakowałeś. - Barman poklepał go po plecach.
    - Nie pomagasz mi Steve. - Odpowiedział Aidan. Jej słowa go bolały. Ale nie wierzył w nie do końca. A może... - Steve. Daj mi litra. Wódki. Mam zamiar się dzisiaj upić. - Powiedział, odwracając się od Sophie. - Raczej się tam nie dostaniesz. - Zaczął pikać coś na swoim pagerze. - Teraz na pewno nie. - Wziął wódkę i upił spory łyk. Nie wiedział, czy dobrze robi. Jedynie, gdzieś z kąta usłyszał, że "chłopak na zmarnowanie pójdzie".

    OdpowiedzUsuń
  21. - Słyszę. Ale wtedy włączam taką maszynę. Nazywa się "olewator". A czas... Kiedyś przyjdzie i na mnie... I na ciebie. - Upił znowu wódki. - Jakie to śmieszne... Próbuję wyciągnąć swojego ojca z alkoholizmu... A sam piję wódkę. Może to i jest jakieś rozwiązanie? - Zapytał sam siebie.
    - Aidan... Powinieneś już pójść. - Usłyszał od barmana. I całkiem dobrze go rozumiał.
    - Wybacz... Płacę, wypijam do końca... Albo też i nie. I wychodzę. -Skierował się do wyjścia. Na zewnątrz czekał już James.
    - Pp co tu wróciłaś? -Zapytał oschle, sadzajac Collinsa na ławce. - Aidan, żaden wampir nie przecisnie się do domu Davidsów. A i goście będą mieli bezpieczny powrót do domu.
    Aidan tylko pokazał mu okejke i wrócił do picia wódki.

    OdpowiedzUsuń
  22. - Jakoś nie przypominam sobie, abyśmy darzyli się jakąś większą sympatią. - James wyrwał Aidanowi butelkę. - No, młody na dzisiaj koniec balangi. - Stwierdził. - Nigdy jakoś tobie nie ufałem. Ale najwidoczniej był ktoś taki, kto potrafił. Szkoda tylko, że teraz musi cierpieć. - Było mu szkoda Aidana. Ale ostrzegał go, kiedy ona zapewniała, że kocha Collinsa. Dlatego on chyba bardziej wolał związki z facetami.
    - Nie odchodz! - Krzyknął Aidan do Sophie rozpaczliwym głosem.
    - W każdym bądź razie... Mam cię na oku. - Zrobił gest palcami, że ją obserwuje.

    OdpowiedzUsuń
  23. - Nie pozwalaj sobie. Aidanowi mogłas mydlic oczy. Ale nie dla mnie. - Powiedział blondyn. Nie chciał pozwolić, aby mały wilczek cierpiał. Już kilka razy to widział. Niezbyt przyjemny to był widok.
    Aidan uśmiechnął się lekko, kiedy ta usiadła obok niego.
    - Skoro ci nie zależy to po co to wszystko? - Zapytał. Ale nie usłyszał odpowiedzi. Przed oczami zrobiło mu się ciemno.

    OdpowiedzUsuń
  24. - Powiem mu, że jestem z tego dumny. I że wykonał dobrą robotę. - James był zaskoczony, ale nie dał tego poznać po sobie. - Aidan wszystko w porządku? - Zapytał, podnosząc jego głowę. - Cholera jasna... - Szybko dogonił wampirzyce. - Jedno krótkie pytanie. W co przyjebał głową? I daję ci wolną drogę. A Aidana zabieram do szpitala.

    OdpowiedzUsuń
  25. - Widzisz, na naszej "imprezce", jak to nazwałaś, raczej nikt nie waliłby kogoś w łeb bez powodu. - Prychnął chłopak. - No, ale skoro go powaliłaś, to nieźle mu się w głowie porobiło. W każdym bądź razie, dzięki za informacje. Teraz zbieram go do szpitala,bo mi zemdlał. - A to jużpodchodziło pod wstrząs. I rzucił się pędem do Collinsa, który akurat został sam.

    OdpowiedzUsuń
  26. - Dobrze wiesz, że Aidan nie da skrzywdzić swoich przyjaciół. Ale ciebie to teraz nie obchodzi. Zostaw, sam dam radę. Nagle ci się odmieniło. - Wyminął ją, biorąc małego wilczka na ręce. Był wilkołakiem, nawet bez przemiany był szybszy niż Usain Bolt. - Jeżeli coś mu się stanie, wiedz, że znajdę cię i roztrzaskam twoje nieruchome serduszko w proch. Nie jestem Aidanem i potrafię to zrobić.
    - Niedobrze mi. -Mruknął Collins pół przytomny.

    OdpowiedzUsuń
  27. - Nie znasz dnia ani godziny. - Przytknął ją do drzewa. Zaraz jednak puścił. Przecież Aidan za to by znienawidził go do końca życia. - Sądzę, że twój mąż chętnie by się z tobą zobaczył. - Zgarnął Collinsa. - A co do niego... Nie sądzę. Potrafił wypić więcej i dojść na obu nogach do domu. - Powiedział na odchodne. - "Jego wilczek" ma przynajmniej odwagę powiedzieć to, na co Aidana nie byłoby stać, pijawko. - Pognał do szpitala. Aidan wyglądał coraz gorzej. Był coraz bardziej blady, a po jego czole zaczęły spływać kropelki potu. - Zaraz mały, zajmą się tobą. - Wiedział, że czasu coraz mniej. Dlatego też świsnął z parkingu jakiś otwarty samochód i zajechał wprost pod drzwi szpitala.

    OdpowiedzUsuń
  28. Aidan kilka dni później opuścił szpital. Był wdzięczny Jamesowi, że mu pomógł. To wiele dla niego znaczyło. Przynajmniej teraz, kiedy wszystko zaczęło mu się walić. Normalnie jak jakaś cholerna kumulacja lotto.
    Wykorzystał moment, kiedy nikt go już nie pilnował. Wyruszył przez miasto, poszukując jej. Obszedł wszystkie lokale, ale nikt mu nie potrafił powiedzieć, gdzie ona jest. W końcu postanowił zapukać do recepcji hotelu. Bingo. Udało się. Była tam. Siedziała na kanapie na holu.
    - Szukałem cię. - Powiedział chłodno. - Możemy porozmawiać? Nie zajmę ci dużo czasu.

    OdpowiedzUsuń
  29. Zaśmiał się, słysząc jej słowa. Zaraz jednak na moment spoważniał.
    - Mam do ciebie jedną, malutką prośbę. - Spojrzał na nią uważnie. - Wiem, że zabrzmi to egoistycznie... Bo może i jestem w jakimś stopniu egoistą... Ale wiem, że wy, wampiry potraficie zrobić pewne... Jakby to określić? - Zapytał. Przez chwilę zastanawiał się nad doborem słów. - Takie pewne czary- mary. Spraw, aby wszystkie wspomnienia o tobie... Abym o tobie zapomniał. - Sam nie wierzył w to co mówił. Nawet nie wiedział, że przejdzie mu to przez gardło. - Kocham cię, ale skoro ty mnie nie chcesz... Po co mam cierpieć?

    OdpowiedzUsuń
  30. - To wszystko dla mnie wiele znaczyło. Ale co z tego? Co z tego, skoro dla ciebie to było niczym? - Zapytał się jej. - Skoro ty mogłaś z siebie wyrzucić to co miałaś najlepsze... Zaczęłaś wszystko od nowa. Pozwól i mi. Jeszcze kilka dni temu uznałaś, że wchodzę ci w drogę... To też bolało... - Zerknął na Sophie. - Co takiego wie James, że aż się wystraszyłaś? - Na jego twarzy mimowolnie pojawił się rozbrajający uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
  31. - Więc dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego uciekłaś? Nie rozumiem tego. Jesteś i nagle cię nie ma. Jak ruska zabawka. - Powiedział nieco podniesionym głosem. - On przynajmniej mnie nie zostawił, kiedy byłem w dołku. - Być może wiem, kto o tym wie. Ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, aby o to zapytać tego kogoś. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Pytałem Sophie. Tylko ty zawsze jak ognia, unikałaś odpowiedzi. Nie chciałem ciebie do niczego zmuszać. A skoro nie chcesz mi pomóc to pójdę gdziekolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  32. - Wilki... Widzisz Sophie, ja nie boję się wilków. Umiem sobie z nimi poradzić. Z resztą wiesz o tym. Nawet jeżeli umiem się opanować... Zachować samokontrolę, to potrafię też się przed nimi obronić. Z wampirami to już inna sprawa. I w końcu zaczęłaś mówić. Ale skąd mam mieć pewność, że nie kłamiesz? Ostatnim razem całowałaś mnie, a ja byłem pewien, że mnie kochasz. A później powiedziałaś to wszystko, że przestałem już wierzyć... Czułem się tak jak śmieć. Zabaweczka, która tobie się znudziła. Dlaczego wyłączyłaś emocje, czy jak to tam u was zwą? - Zapytał.

    OdpowiedzUsuń
  33. - Widzisz... Mam też jeszcze przyjaciół, którzy stanęliby ze mną ramię w ramię. Ale ty jakoś nigdy tego nie dostrzegałaś. Fakt, może nie akceptowali naszego związku, ale nie daliby nas skrzywdzić. - W przypadku starszyzny Collinsów to bardziej o Aidana by zawalczyli, ale ciii... Niech on o tym nie wie. Czasami lepiej jest żyć w błogiej nieświadomości. - Jeszcze kilka dni temu mówiłaś, że nic nie czujesz... A teraz? Jak jest teraz Sophie? Znowu włączyłaś emocje? Czasami też chciałbym tak umieć. Pstryk i nie ma. Pstryk i jest. - Chyba będzie musiał na ten temat pogadać z Klausem.

    OdpowiedzUsuń
  34. - Szukałem ciebie. Nie było dnia, abym o tobie nie pomyślał. Ale... To już i tak nic... Nic to. Mówimy słowa, którymi się ranimy... Sophie, ja wciąż cię kocham. Wiem, że to i tak nic nie zmieni. Ale wiedz, że ja ciągle tu jestem i cię kocham. Ale nie umiem tak normalnie już żyć. Coś najwidoczniej zmieniło się.

    OdpowiedzUsuń
  35. - Ostatnio, kiedy widzieliśmy się powiedziałas, że mnie nie zabijesz. Bo mam za ładną buzke. Tym objawia się twój sentyment do mnie? - Zapytał. - Sądzę, że ma lepszy kontakt z dziadkiem niż ja. A jego dziadek przebywał we Francji w międzyczasie. Najwidoczniej coś wie.

    OdpowiedzUsuń
  36. - Nie probuj zrobić krzywdy moim przyjaciołom kochanie. -Powiedział, podchodzac do niej i calujac ją w usta.- Już nie smakują tak dobrze jak kiedyś. - A James... W niektóre sprawy nie wtracamy się. To jest właśnie taka sprawa, że tutaj nie mogę zbyt wiele wskorac. - Zaczął powoli wycofywać się w stronę wyjścia.

    OdpowiedzUsuń
  37. - Skąd wiesz, skoro nie siedzisz w moim umysle... Nie wiesz co się dzieje w mojej głowie. - Próbował jej się wyrwać. - Chyba powinienem już pójść.
    - Łowcy! - Ktoś krzyknął od progu. Aidan wygladnal przez okno. Faktycznie było ich od groma i ciut ciut. Byli otoczeni.

    OdpowiedzUsuń
  38. Sam zaczął też obezwladniac łowców. Nie mógł ich zabić. Ale zabrać broń i trochę ich poobijac to i owszem. Czuł się tak jakoś lepiej. Całą złość swoją wyladowywal na lowcach. Jakby byli workami treningowymi.
    Krzyknął głośno, kiedy zobaczył, jak Sophie upada. Zaraz też zauważył jak kolejny chce wbić jej kolek. Blyskawicznie zasłonił ja całym sobą. Sam zaś oberwal w ramie. Inne istoty nadprzyrodzone zaczęły pogrom łowców. Aidan zaś zabrał Sophie. Spojrzał na swoje ramie które pokrywalo się czerwienia. Miał tylko nadzieję, że Soph na niego się nie rzuci z powodu krwi.

    OdpowiedzUsuń
  39. Spojrzał na nią bardzo uważnie.
    - Nie wiem. - Odopwiedział. - Może dlatego, że nadal cię kocham. I nie chcę niczego innego jak być z tobą? - Zapytał ni to siebie, ni to jej. - Wiem, co mówiłem. Ale tak chyba nie da rady. Coś ciągle będzie nas do siebie ciągnęło. - Stwierdził, krzywiąc się. Jakaś część kołka nadal tkwiła w jego ramieniu. - Nie ruszaj tego. Jest nasączony werbeną. A poza tym tamuje fontannę, która mogłaby trysnąć po wyjęciu. - Nadal ją niósł.I ciągle krwawił. - Niedaleko stąd jest leśniczówka. Idź tam beze mnie. - Splunął krwią. - Lepiej żeby tylko jedno zginęło, niż oboje. - Spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. - Chociaż raz zrób coś o co ciebie proszę. - Dodał po krótkiej chwili milczenia.

    OdpowiedzUsuń
  40. - Niekoniecznie. Wiesz, jakby nie patrzeć to mamy na karku stado łowców. - Uśmiechnął się do niej blado. - Nie tak sobie wyobrażałem swoje umieranie. Nie w wieku osiemnastu lat. - Zaczynał majaczyć. Najwidoczniej kołek nie był nasączony samą werbeną. Tak jak to on na początku wyczuł. - Poparzysz się i pokaleczysz, jak będziesz do tego się dotykać. - Spojrzał na nią uważnie. - Kiedyś coś nawet mi na ten temat wspominałaś... Tak ładnie się śmiejesz... - Przymknął oczy.

    OdpowiedzUsuń
  41. - Ale to samo mnie tak ciągnie. - Przechylił głowę na bok. Wszystko zaczęło mu się rozmazywać przed oczami. Zaczynał słyszeć jakieś szmery. Coś z niego uciekało... Jakby gdzieś ulatywało w nieznane. Ciemność...
    ***
    James natychmiast odebrał telefon. Widział ten cały peleton łowców.
    - Wiem, widzę, że w tym roku zjazd fanów "Buffy" zrobili sobie w Last Chance. - Prychnął. Kiedy usłyszał, że Aidan ma kłopoty, poderwał się na równe nogi. Nie zważając na protesty ojca i dziadka wsiadł w samochód i przycisnął gazu. Po drodze rozjechał paru łowców.
    - Co z nim? - Zapytał, podchodząc do Aidana. - No, młody, otwórz oczy. Nie bądź chamem. Spójrz na mnie. Nigdzie nie odlatujemy. - Mówił chaotycznie. Nie chciał go stracić. - Jak sobie stąd pójdziesz, to wiedz, że cię złapię i skopię ci dupę. Mamy jakieś szczypce? Albo coś co można takie coś wykonać? - Zapytał Sophie.

    OdpowiedzUsuń
  42. Blondyn zaklął głośno.
    - Uh... Godne poklasku. - Powiedział. - Raczej to ty z nim powinnaś jechać. Tobie wyciągną to co masz w środku. - Spojrzał na jej ranę. - Jesteś osłabiona, aby ich powstrzymać. Weź to i jedź z nim. - Wcisnął w jej dłonie kluczyki. - Nie stój, nie czekaj, po prostu jedź. Poradzę sobie z nimi. - Wsadził ich w samochód. - Jedź przez zieloną trasę. Nie ma tam nikogo. A, i nie wpuszczam cię w maliny. Robię to dla niego.
    Wrócił na swoje stanowisko.
    - To się teraz panowie zabawimy. - W jego oczach można było dostrzec błysk. I wcale nie wróżyło to nic dobrego.

    OdpowiedzUsuń
  43. - Widzę, że nadal się rozumiemy. - Stwierdził James. Tym razem poddał się. Wziął kluczyki. - Przyślę ci kogoś do pomocy. I pewnie będziemy w tym szpitalu gdzie ostatnio. - Powiedział, odjeżdżając.
    - Gdzie Sophie? - Zapytał niemrawo Aidan.
    - Poszła robić za wabik dla rekinów. - Odpowiedział McBury. - Nie ruszaj się. Musimy dojechać do szpitala. Inaczej zostanie z ciebie czerwona plama. - Jechali dosyć szybko. A w międzyczasie James postawił na nogi większość swojej watahy.

    OdpowiedzUsuń
  44. Zawiózł Aidana do szpitala, gdzie od razu zajęli się nim lekarze. James uznał, że mógłby w jakiś sposób zrobić Collinsowi jakąś przyjemność. Dlatego też wrócił tam. Miał nadzieję, że znajdzie wampirzycę. Chociaż sam jej nie znosił, a ona jego, to czuł jakiś cholerny obowiązek, że ma jej pomóc.
    Wciągnął powietrze i po chwili wiedział, gdzie ma pójść. Przy okazji wyrwał kilka serc łowcom. Ot, bo mu się tak zachciało.
    - Zostawić was na chwilę, a zrobicie III wojnę światową. - Stwierdził, biorąc Lavelle na ręce. - Kurwa, wali wampirem. - Skrzywił się. Wsadził ją do auta i pojechał do szpitala. Też zajęli się nią lekarze. A nawet położyli w sali niedaleko Aidana.

    OdpowiedzUsuń
  45. Do sali Sophie wbiegli dwaj lekarze. Wszedł także i James z poważną miną. Zaraz zaczęli jej tłumaczyć, gdzie jest, kto ją przywiózł i w jakim jest stanie.
    - Jest pani w szpitalu. A przywiózł panią James. Prosimy się nie denerwować. Rozumiemy, że jest pani w szoku, ale dla pani to nie wskazane. - Podali jej leki uspokajające. Po chwili wyszli, zostawiając ją sam na sam z blondynem.
    - Jeżeli tym wrzaskiem miałaś zamiar mnie obudzić, to chcę ci powiedzieć, że rzadko kiedy sypiam więcej niż trzy godziny na dobę. Więc raczej takie pobudki to nie dla mnie. Ale jeżeli chodzi o Aidana, to kiedyś byś go czymś takim obudziła. Ale niestety... - Załamał mu się głos. - Już raczej nikt go nie obudzi. Mam nadzieję, że tam gdzie poszedł... - Wzniósł oczy ku niebu. - Będzie mu lepiej i dostanie pod dostatkiem tego chleba anielskiego...

    OdpowiedzUsuń
  46. - Nie udało się go odratować. Były zbyt małe szanse... Umarł wczoraj, nie odzyskawszy przytomności. - Mówił dalej smutno i poważnie James. Zaraz jednak wybuchnął śmiechem. - Żartowałem. - Powiedział. - Poczłapał do bufetu, wkurwiając przy tym pielęgniarki, które kazały mu pozostać w łóżku i nie łazić po szpitalu z kroplówką. Ale fakt faktem... Krucho już z nim było. - Spojrzał na nią. - Co ty w sobie masz takiego, co on w tobie widzi, że był w stanie poświęcić swoje życie na uratowanie ciebie, co? - Zapytał.

    OdpowiedzUsuń
  47. - Wiesz, co mi powiedział, kiedy tutaj przyjechaliśmy? "Jeśli żeś mój przyjaciel to jedź i ją uratuj." - Zacytował Aidana James. - A poza tym chciałem też się trochę rozerwać. Taka zabawa beze mnie? Proszę cię. To było o wiele ciekawsze niż pierwszy taniec pary młodej na weselu. - Prychnął cicho. - Wiesz... Nie umiem kłamać, jak już zauważyłaś. O, zobacz, idzie nasz głodomór. - Uśmiech wpełzł na jego twarz. - Jak tam? - Zapytał klepiąc go w ramię.
    - KURWA! NIE W SZCZEPIONKĘ FAJFUSIE! - Wrzasnął Aidan.
    - To chyba, znaczy, że wracasz do żywych.
    - O, cześć Sophie. Jak się czujesz? - Zapytał.
    - No to ja was zostawiam... Eee... Dzieci nie róbcie. Nie chcę tak młodo zostać wujkiem. Wpadnę nieco później. - Stwierdził James.

    OdpowiedzUsuń
  48. - Wkręciłem ją trochę. Tak jak uzgadnialiśmy. - Puścił do nich oczko James. - Narka. - I już go nie było.
    - Też tak na początku myślałem, a później zobaczyłem tego fajfusa i uznałem, że to nie niebo. - Zażartował. - A jak z twoim... No wiesz... Barierą od uczuć? - Spojrzał na nią niepewnie. Nie wiedział jak ma się wobec niej zachować, aby przypadkiem znowu na niego się nie rzuciła.

    OdpowiedzUsuń
  49. - Spokojnie Sophie... Damy radę. Pamiętasz? Obiecaliśmy to sobie. Że damy razem radę. - Przytulił ją do siebie. - Muszę tylko w jakiś sposób pozbyć się Amandy... Dziadek zaplanował w sobotę ślub. O którym ja dowiedziałem się trzy dni temu. Ekstra nie? - Zapytał z przekąsem. - Muszę coś wymyślić, bo będzie kicha. - Podrapał się lekko w tył głowy.

    OdpowiedzUsuń
  50. - Tak, ślub i podobno jeszcze mój. - Powiedział z oburzeniem. - Ale i tak się nie ożenię. Zwieję z własnego ślubu. Myślisz, że to byłby dobry pomysł? - Zapytał, patrząc jej prosto w oczy. - Damy radę, ale bez niej. Wolę nie mieć przyszłości z tobą, ale być szczęśliwy niż... Niż mieć tą całą, jak ty to mówisz, przyszłość z nią i gnić w toksycznym związku.

    OdpowiedzUsuń
  51. - No jakoś trzeba będzie się pozbyć jej... Ja za bardzo nie mogę. Wiesz... Samokontrola i te sprawy. - Podrapał się lekko w tył głowy. - Możesz żyć. Będziemy żyli długo... I szczęśliwie... Sophie, czy nawet jak będę siwy, stary i pomarszczony, to nadal będziesz mnie kochała? - Zapytał. - Nie jestem wampirem. Jestem wilkołakiem... A wilkołaki niestety się starzeją. I ten... Wiesz... Wiesz jak wyglądają starsi ludzie.

    OdpowiedzUsuń
  52. - "Miłość cierpliwa jest,
    łaskawa jest.
    Miłość nie zazdrości,
    nie szuka poklasku,
    nie unosi się pychą...? - Zacytował jej. - A przede wszystkim przebacza. I nie pamięta złego. Czasami czytam Pismo. Nie, żebym był tam jakimś zagorzałym katolikiem, który co niedzielę klęczy w pierwszej ławce, ale... Ale jednak czasami sie zdarza. Chodźmy stąd, ucieknijmy razem. Najwyżej będziemy mieli jeszcze na karku starą watahę Collinsów. To nic. Zwiejemy do Szwajcarii. Będziemy łazić jak popieprzeni po Alpach. Ale przynajmniej widoki będziemy mieli ładne. - Pocałował ją czule.

    OdpowiedzUsuń
  53. - Bardzo chętnie. Tylko na wszelki wypadek wezmę coś przeciwbólowego i skoczę do domu po jakieś całe fatałaszki. Wiesz, chodzić z taaaaką dziurą po kołku naprawdę nie jest przyjemnie. - Skrzywił się lekko na samo wspomnienie. - Ojciec i tak nie zwróci na mnie uwagi, więc nie będzie tak trudno. Tylko dla Jamesa powiem. Wiesz, nie chcę go oszukiwać. Pomógł mi bardzo i jest lojalny wobec mnie. Chyba mnie rozumiesz, co nie?

    OdpowiedzUsuń
  54. - W hotelu to rzeczywiście lepiej nie szukaj. Możliwe, że oni jeszcze tam koczują. - Powiedział to bardzo poważnie. - Ale niedaleko jest sklep z odzieżą. Z tego co się orientuję to jakaś sieciówka. Na pewno coś sobie znajdziesz. - Puścił do niej oczko. - James jest sceptyczny i specyficzny, ale... Jest dobry. Sądzę, że być może gdzieś w głębi duszy lubi cię, ale się do tego nie przyzna. - Uśmiechnął się do niej. - Jego związek jest trochę podobny do mojego... Nie jest akceptowany przez najbliższych.

    OdpowiedzUsuń
  55. - Wiesz co? - Zapytał, zastanawiając się przez chwilę. - Spotkajmy się przy starej fabryce. Postaram się wytrzasnąć jakiś środek transportu dla nas. - Uśmiechnął się delikatnie w jej kierunku. - Widzimy się za jakieś dwie godziny. - Powiedział i ruszył przed siebie. Nie było czasu do stracenia. Musiał wziąć najpotrzebniejsze rzeczy, trochę żarcia, całą kasę, którą miał. No i jeszcze poinformować Jamesa. To nie byłoby w porządku, gdyby tak zniknął bez słowa.
    ***
    Po dwóch godzinach miał już wszystko załatwione. Nawet udało mu się skombinować busa. Zjawił się przy starej fabryce, czekając na Sophie. Uśmiechnął się na jej widok.
    - No to komu w drogę...
    - ... ten pakuje się do busa. - Przerwał mu James wraz z jakimś chłopakiem. - Jedziemy z wami.
    Aidan zmarszczył brwi.
    - No weź Aidan nie bądź skąpiec. Ja też chcę gdzieś się ruszyć stąd. A to jest Todd. - Wskazał na drugiego wilkołaka. - Ty masz swoją wampirzycę, a ja mam kogoś też dla siebie. - Spojrzał na Todda. - Bo wszystko powiem.
    - Dobra. Jedziemy. - Collins otworzył bagażnik.

    OdpowiedzUsuń
  56. Wszyscy zapakowali swoje klamoty i usiedli na swoje miejsca. Znaczy się on i Sophie na przód, a tamta dwójka na tyle. Nie mieli czasu na niepotrzebne kłótnie. A poza tym Aidan uznał, że zawsze lepiej, jak jest ktoś kto umie uśmiercić kogoś raz na zawsze. James jakoś nie miał z tym problemu. W przeciwieństwie do Collinsa.
    - Dobra. To teraz takie moje pytanie. Gdzie jedziemy? - Zapytał osiemnastolatek. - Jak wiemy dobrze to Szwajcaria jest w Europie. I trzeba albo tam polecieć, albo popłynąć statkiem na stary kontynent.

    OdpowiedzUsuń
  57. - No to lecimy samolotem. - Uzgodnili wszyscy. Chyba każdemu zależało na tym, aby wyjechać jak najszybciej. Oraz na tym, aby jak najprędzej znaleźć jakąś dobrą kwaterę do zamieszkania. Bo bez tego to ani rusz. Owszem, mogli mieszkać w hotelu, ale to nie na dłuższą metę. Trzeba było znaleźć jakieś zaciszne, spokojne i ładne miejsce.

    [Robimy jakiś tragizm z tym wylotem?]

    OdpowiedzUsuń
  58. Objął ją ramieniem, przyciągając bliżej siebie.
    - Zaraz coś znajdziemy.
    Todd podszedł do kasy i zaczął o coś wypytywać kasjerkę.
    - Nie mówiłeś mi, że z nim się spotykasz. - Powiedział Aidan do Jamesa.
    - Od niedawana. Nawet nie wiedziałem, czy to wypali. Wolałem nie zapeszyć. - Skomentował to McBury. - Lepiej zajmij się swoją wampirzycą. Nie chcę mieć nikogo na sumieniu. - Odwrócił się do bruneta. - I jak tam? - Zapytał.
    - Najbliższy lot do Szwajcarii jest za półtorej godziny z przesiadką w Paryżu. Zarezerwowałem już bilety w klasie ekonomicznej. - Powiedział dumnie Todd.

    OdpowiedzUsuń
  59. - Mamy już wykupione bilety na ten lot. - Wtrącił się Todd.
    - Posłuchaj Sophie... - Zwrócił się do niej Aidan. Położył swoje dłonie na jej ramionach. Spojrzał prosto w oczy. - Nikt z nas nie da ciebie nikomu skrzywdzić. To będzie trwało krótko. Tyle co wysiąść i wsiąść do drugiego samolotu. Prawie tyle co nic. - Uśmiechnął się do niej.
    - Nie zrobiłem tego ani dla ciebie, ani dla siebie. Zrobiłem to dla Aidana. - Odpowiedział obojętnym tonem głosu blondyn.

    OdpowiedzUsuń
  60. - Zobacz... Będziemy szybko w Szwajcarii. To tylko przystanek Sophie. Nawet nie wiadomo czy będzie wieżę Eiffela widać. - Próbował to jakoś obrócić w żart. - Zobaczysz... Wszystko będzie dobrze. Jestem tutaj przy tobie. - Uśmiechnął się do niej lekko.

    OdpowiedzUsuń
  61. - Biorę miejsce przy oknie! - Krzyknął James i popędził przed siebie. Zaraz za nim Todd. Skąd on do jasnej Anielki go wziął? Nigdy go chyba nie zrozumie.
    Aidan westchnął cicho, wchodząc na pokład samolotu. W sumie jemu to było obojętne, gdzie usiądzie. Ważne było to, aby skończyć u celu. Ziewnął głęboko. Mimo iż spał te kilka dni, to jednak jakimś trafem znowu zachciało mu się spać.
    - Sophie... Nie obrazisz się, jak trochę uderzę w kimono, co nie? - Zapytał. Co jak co, ale mimo iż był wilkołakiem, to jednak miał w sobie te cechy człowiecze. Musiał normalnie pić, jeść, a co też za tym idzie to także i spać.

    OdpowiedzUsuń
  62. - To nie humanitarnie tak kogoś w trumnie wozić. - Stwierdził chłopak, odwracając się na bok. Chociaż w dzisiejszych czasach to chyba nic by go nie zaskoczyło. Nawet to, że ktoś podróżuje w łożu dla umarłych. Chwycił jej dłoń, aby poczuła się pewniej.
    Spał nie wiadomo jak długo. Chyba przez cały lot. Obudziło go dopiero napierdzielanie blondasa.
    - Wstawajcie śpiące królewny. Podchodzimy już do lądowania.

    OdpowiedzUsuń
  63. Ten wieczór zapowiadał się bardzo pracowicie. Do baru zeszło się sporo klientów. Więcej niż ostatnimi czasy. Powinienem się chyba z tego powodu cieszyć. Będą zamawiali alkohole, zostawiać jakieś napiwki. Wszystko ujdzie w tłoku. Szkoda tylko, że znowu będę miał tyle do sprzątania. Ale ogarnie się i to. No bo przecież jak nie ja, to kto? No właśnie o to chodzi, że nikt. A nie chciałem stracić roboty.
    Przez cały wieczór obsługiwałem jakąś kobietę. Nie znałem jej. Chyba była tutaj nowa. Ciągle tu nowych ciągnęło. Jak miśka do miodu. Serwowałem jej drinka za drinkiem. W międzyczasie obsługiwałem także i innych. Ale to ona najwięcej zamówiła tej nocy.
    Niedługo po drugiej nad ranem ludzie zaczęli rozchodzić się. A ja miałem czas, aby co nieco ogarnąć.
    - Lizzie, spokojnie. Zmianę kończę o trzeciej trzydzieści. Nie martw się o mnie. Tak, wiem, że mama się nie pokoi- znudzonym głosem rozmawiałem ze swoją siostrą. Ostatnio były z mamą przewrażliwione na moim punkcie. Wszedłem z baru piętnaście minut przed końcem zmiany. Tyle wygrać! Zaklnąłem cicho pod nosem, pocierając ramiona z zimna. Że też musiało być tak chłodno i nieprzyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
  64. To, że zauważyłem kobietę z baru jakoś mnie nie zdziwiło. Czasami ludzie na kogoś czekali pod Truposzem. Albo zgubili drogę i szukali jej, aby dotrzeć do domu. Albo do hotelu, jeżeli był turystą. Chciałem ją wyminąć, zacieszając się w myślach, że w końcu będę mógł zdrzemnąć się. A jeszcze Elizabeth zostawiła mi do przekąszenia tą swoją zapiekankę makaronową. Pyszności!
    - Przepraszam, ale nie przypominam sobie, abyśmy się umawiali- odpowiedziałem, kiedy ta zwróciła się do mnie. Po plecach przebiegł mi nieprzyjemny dreszcz. O czym ona mówiła? Cholera jasna! To wampirzyca. I to na dodatek głodna...
    Nim się zorientowałem ta zdążyła mnie zauroczyć. Czy jak to tam się nazywało. Poczułem jak wbija swoje kły. Syknąłem głośno. Trochę to bolało- Nie rób tego- mruknąłem cicho, czując jak tracę siły.

    OdpowiedzUsuń
  65. Czułem, jak robi mi się słabo. Kręciło mi się w głowie. Miałem jakieś cholerne mroczki przed oczami. Jednak jeszcze umiałem racjonalnie myśleć. Coś we mnie krzyczało, że nie mogę ot tak po prostu umrzeć. Byłem na to za młody. Jeszcze tyle rzeczy i niedokończonych spraw było przede mną. Tyle wyśnionych i spełnionych, albo też i nie, miłości.
    - Nie chcę umierać, bo nic złego nie zrobiłem- powiedziałem w miarę hardo. Przed moment skądś skojarzyłem jej twarz. Nie, nie z dzisiejszej nocy. Ktoś pytał o nią wcześniej. Zacząłem ciężej oddychać, krztusząc się. Sięgnąłem do kieszeni po inhalator. Cholerna astma musiała ujawnić się akurat w takim momencie- Ktoś... Ktoś ciebie szukał... - Wyszeptałem, czując jak krew z szyi spływa po mojej skórze- Dlaczego akurat mnie wybrałaś na swoją kolację?- zapytałem poirytowany tym faktem.

    OdpowiedzUsuń
  66. "Jezu Chryste, zgine niechybnie!" przeszło mi przez myśl. Nawet nie zawinilem. A tutaj takie coś. Nie, to niemożliwe. To tylko jakiś zły sen. Zaraz się obudze i wszystko będzie w porzidku. Ale tak nie było.
    - Proszę cię. Przestań. Mam dla kogo żyć- próbowałem wsztlystkiego- Niejaki Alex cię szukał- powiedziałem. Nie widząc juz żadnych szans skupiłem resztki sił i zmieniłem się w kota. Tym samym zmalalem a wampirzyca zamiast w moja tetnice uderzyła glowa w mur. Szybko dałem drapaka na drzewo.

    OdpowiedzUsuń
  67. O nie, nie, nie. Ja nie zamierzałem schodzić z drzewa. Za żadne skarby tego świata. Jeszcze gotowa będzie mi głowę ukręcić. Nie ma głupich! Nastroszyłem sierść na karczku. Mój ogon przypominał raczej miotłę do kurzu. Tak się napuszył. Prychnąłem i syknąłem głośno. Wysunęły mi się pazurki. Ostrzegawczo machnąłem łapką, aby się nie zbliżała do mnie. Gotów byłbym wydłubać jej oczy.
    Nie wierzyłem w ani jedno jej słowo. Jeszcze przed chwilą chciała zrobić sobie ze mnie swoją kolację. A co za tym idzie, zabić mnie. Ona chyba oszalała. Nie dam się na takie coś nabrać. Twardo uczepiłem się konaru drzewa. Miauknąłem głośno, odmawiając tym samym.

    OdpowiedzUsuń
  68. Odwróciłem się do niej ogonem. O, tak to ona nie będzie ze mną pogrywać. Co za wredna baba.
    No, niestety, ja tak całkiem serio. Nie umiałem zamienić się w nic innego niż w kotka. I tak już od kilku lat. No, z jakieś dziesięć, ale nie ma co wgłębiać się w szczegóły. Nie zamierzałem stąd schodzić. Czułem się na tym drzewie bezpiecznie.
    - Mau, mau, myr, myr, miał- prowadziłem z nią swoją konwersację. Tak, obraziłem się, a co? Nie można? Można, a już na pewno po czymś takim. Raczej moich najbliższych teraz nie znajdzie. Przecież nie wiedziała, gdzie mieszkają. A z resztą po zmroku nikt z nich nie opuszczał swoich kwater. Ani rodzice, ani moje rodzeństwo z ich drugimi połówkami. Tak samo i moi współlokatorzy. Wiedzieli co jest, co się święci i wzięli moje rady do serca. Jak to było miło, że ktoś mine posłuchał.
    Przyczepiłem się mocniej do gałęzi drzewa. Co jak co, ale utrata krwi robiła swoje. Nie chciałem zasłabnąć i zlecieć wprost do niej. Dlatego też ułożyłem się wygodnie. Pazurki wbiłem w konar. Patrzyłem się na nią niebieskimi oczami, pełnymi pewności siebie i typowej kociej ignorancji.

    OdpowiedzUsuń
  69. Kiedy już myślałem, że sobie poszła, odetchnąłem z ulgą. Nikt nie będzie mi groził. Żaden obccy wampir w moim rodzinnym mieście. No, jeszcze tego mi brakowało, abym bał się po swoim terytorium chodzić! Niedoczekanie!
    Czy ona mi teraz groziła? Chyba na to wyglądało. Nie chciałem, aby cokolwiek stało się mojej siostrze. Jeżeli już wysłała sms'a to mogłem być pewien, że Elle zjawi się niebawem. Trzeba było ją jakoś ostrzec. Zacząłem przeraźliwie miauczeć. W domu zawsze wiedzieli po tym, że to znak ostrzegawczy przed czymś. Mimo iż mój głos rozlegał się daleko i głośno, wiedziałem, że to może nie wystarczyć.
    Więc kiedy ta poszła sobie, zlazłem z drzewa. Zacząłem podążać w stronę swojej kurtki. Jako iż często przemieniałem się to i zdążyłem paru rzeczy się nauczyć. Ot, chociażby jak wytaszczyć telefon z kieszonki. Zacząłem niemalże skakać po sprzęcie. Jak dobrze, że nie miałem tej blokady ekranu.
    - Tak, Francis? Już przecież jadę- usłyszałem głos Elizabeth. Zacząłem miauczeć jak opętany.Chyba zrozumiała co chcę jej przekazać.

    OdpowiedzUsuń
  70. Ułożyłem nisko uszy, prychając na nią. Zacząłem głośno jęczeć, kiedy tak mnie trzymała. To był niesamowity ból. Czy ona była normalna? No chyba nie. Wymachiwałem żwawo łapkami, aby ją drapnąć. A kiedy to nie przyniosło pożądanego skutku to zacząłem się wierzgać. Tak, aby mnie puściła.
    W pewnym momencie dziewczyna upadła. A ja odskoczyłem.
    - Chyba nie przybyłam zbyt późno? -zapytała mnie Elizabeth, która przywaliła wampirzycy rympałem w głowę. Elle szybko unieszkodliwiła dziewczynę, zabrała mnie, ją i moje rzeczy do samochodu. Zacząłem przyjemnie mruczeć.
    Niedługo potem byliśmy już w domu. Elizabeth przywiązała brunetkę do krzesła liną nasączoną werbeną.
    - Jak się ocknie to dowiemy się czego chciała- stwierdziła moja siostra. Ja zaś udałem się do łazienki i zacząłem ponownie zmieniać się w człowieka. Musiałem tylko jakoś zatuszować te rany po ataku.

    OdpowiedzUsuń
  71. Nie uszlo uwadze Elizabeth, że mam na szyi dwie dziurki po ukąszeniu. Nie musiałem jej niczego tłumaczyć. Rozumiała to, jak i wiele innych rzeczy. Przez tyle lat zdążyła dowiedzieć się tego i owego.
    - Raczej sobie nie pomagasz- powiedziała blondynka- Chciałaś zrobić mojemu braciszkowi krzywdę. A ja tak łatwo nie odpuszczam- wycedzila przez zeby. Wszedłem do pomieszczenia, obrzucając ją pogardliwym spojrzeniem.
    - Nie wiesz może gdzie są jakieś golfy?- zapytałem- Nie mogę żadnego znaleźć- spojrzałem na moją siostrę blagalnym wzrokiem. Ta zaraz poszła jakiegoś poszukać a ja zostałem sam na sam z moim nocnym katem.
    - Nosił wilk razy kilka...- stwierdziłem, siadając i odpalając inhalator.

    OdpowiedzUsuń
  72. Prychnalem cicho. Byłem teraz u siebie. Mianem większe pole manewru. To było moje rlterytorium. Mój mały, prywatny świat. Tutaj miałem nad nią przewagę. A to juz było sporo.
    - Zazwyczaj jestem przychylny nadnaturalnym- stwierdziłem- O ile ktoś nie robi sobie ze mnie kolacji. Sadze, ze moim znajomym pierwotnym też by się to nie spodobało- miał u nich specjalne względu- Ale potrzymamy cię tutaj jeszcze. Aż wzejdzie słońce. Chyba nie posiadasz niczego co mógloby ci pomóc. Nie "chyba", a raczej na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  73. - Gardzisz pierwotnymi? Albo na serio jesteś taka odważna... Albo po prostu głupia- stwierdziłem. Wzrokiem przejechałem po jej sylwetce- Dałaś się tak łatwo podejść...- zachichotalem cicho- Jak dziecko. I po co ci to było?- zapytałem, kucajac przed nią. Było to trochę jak igranie z ogniem. Ale z drugiej strony to i tak nic nie mogła mi zrobić. Wyjrzałem przez okno- Niedługo świt.

    OdpowiedzUsuń
  74. - Przestań mnie w końcu straszyc- powiedziałem, zerkając na nią. Chyba laska nie miała pojęcia, że używam werbeny. Wiec trochę trudno było mnie zahipnotyzowac- Niestety... Taki numer ze mną ci nie przejdzie- ,pomachalem jej naszyjnikiem z werbeny. To mnie chroniło przed perswazją- Nie dasz rady, moja droga. Poza tym podziurawilas mi szyję. To nie było zbyt mile.

    OdpowiedzUsuń
  75. Damon wszedł do baru nonszalanckim krokiem. Kilka pierwszych guzikow jego koszuli było rozpiętych. Kilka kobiet westchneło z zachwytem. Salvatore uśmiechnał się z drwiną. Naiwne przekąski. Wypatrzył sobie piękną dziewczynę siedzącą przy barze. Podszedł do niej i uśmiechnął szelmowsko.
    - Witaj, skarbie. Co taka piękność jak ty, robi w tym barze?- szepnął, nachylajac się ku jej twarzy.- A może masz ochotę na zabawę?- jego oczy zabłyszczały podnieceniem. Na samą myśl o tym, jaka musiała być krew tej dziewczyny, czuł pieczenie w gardle.
    Skąds kojarzył tę twarz, jednak nie obchodziło go skąd. Przekaska do przekaska. Byle ładna i smaczna.

    OdpowiedzUsuń
  76. Aidan nie mógł uwierzyć, że już są w Europie. Ha, gdyby to ktokolwiek usłyszał to by go wyśmiał. Ale nie. To działo się naprawdę. Przyglądał się temu co było za oknem. W oddali nawet widział tą słynną wieżę Eiffela. Był bardzo szczęśliwy.
    - Nie wiem. - Odpowiedział. - Ale to można sprawdzić. - Stwierdził, spoglądając na tablicę przylotów i odlotów. Szybko odszukał tam Zurych. - Za jakieś dwie godziny. Trzeba iść i bilety kupić. - Zaczął się rozglądać za chłopakami, którzy właśnie gdzieś przepadli. - Ej, zakochańce! Bilety trzeba kupić! - Krzyknął do miziających się w kącie Jamesa i Todda. Blondyn pokazał mu środkowy palec.
    - Wygląda na to, że sam muszę to zrobić. - Aidan zwrócił się do Sophie. - Poczekaj tutaj chwilę. Zaraz do ciebie wrócę. Kupić ci coś do jedzenia? - Zerknął na nią, oczekując odpowiedzi. - Albo do picia, jeżeli chcesz.

    OdpowiedzUsuń
  77. - Och... Dla ciebie to tylko "dwie, małe dziurki". Dla mnie to oznacza coś gorszego- już widziałem z jakim "entuzjazmem" przyjmują to inni. Miałem unikać wampirów, a wyszło jak wyszło. Jak zwykle zły los coś musiał spieprzyć. No bo jak coś się polepszy, to zaraz się spieprzy. - Widzisz... Twój błąd, a ja na tym skorzystałem- odpowiedziałem- Zagram w twoją grę. Eee... Jak to było?- udałem, że się zastanawiam- Życie nie jest sprawiedliwe. A poza tym lubię zapach spalenizny.

    OdpowiedzUsuń
  78. Aidan szybko poszedł do budki ze słodyczami. O tej porze wszystko było pozamykane. Jak na złość. Dlatego właśnie musiał pocieszyć się kilkoma Twixami i Snickersami. Do tego dokupił sobie kawę. Żeby pobudzić swój umysł.
    Wracał teraz właśnie, zastanawiając się, jak mógłby pomóc Sophie. On sam, kiedy był głodny, to drażniło go wszystko. A co dopiero mówić o głodnej wampirzycy!
    I chyba właśnie w porę wracał. Bo jakaś kobieta właśnie zaliczała spotkanie trzeciego stopnia z podłogą. I rozcięła sobie kolano. I niemalże zeszła na zawał, kiedy zobaczyła poczerniałe oczy i wysunięte kły brunetki.
    - Przepraszam panią najmocniej. Koleżanka właśnie testuje nowe przebranie na Halloween. - Powiedział, biorąc Sophie pod rękę i odciągając ją dalej od kobiety.
    - Oszalałaś? - Zapytał.

    [Opóźnienie lotu.]

    OdpowiedzUsuń
  79. - Rozumiem, że jesteś głodna. Że trudno ci się jest powstrzymać. Ale... Ale zrób to dla mnie. A jeżeli już nie dla mnie to dla swojego czystego sumienia.A jeśli już chcesz kogoś wrzucić sobie na ząb to weź jakiegoś winnego człowieka. Jakiegoś bandytę, rabusia, pedofila czy gwałciciela. Przynajmniej świat nie będzie miał ci za złe, że się ich pozbyłaś. - Powiedział chłopak, obserwując ją. - Wytrzymaj jeszcze trochę. Proszę cię Sophie. Dasz radę. Wierzę w ciebie.

    OdpowiedzUsuń
  80. - Pomożemy ci z tym. James jest dosyć dobrym nauczycielem. Nauczył mnie, abym nie zabijał po przemianie. To jest dosyć przydatna umiejętność. Jeżeli chcesz mieć czyste sumienie. Chociaż jego metody są dosyć... Są takie dosyć staroświeckie. Wiesz, na przykład jebnie cię książką w łeb, albo linijką po łapach. Ale skuteczność jest gwarantowana. - Puścił do niej oczko.
    - Co jest zakochańce? - Zapytał McBury.
    - Mamy przesunięty lot i Sophie zaczyna robić się głodna. - Odpowiedział bez namysłu Aidan.
    - Z tym pierwszym trzeba poczekać. A z tym drugim... Da się radę nauczyć. O ile znowu nie będzie chciała wyłączyć emocji.

    OdpowiedzUsuń
  81. [Jak ja widzę nasz wątek. Tomcia to taka trochę kokietka. Lubi flirtować z chłopakami i uwodzić ich. A że teraz ona kręci z Aidanem, to Sophie może być o to zazdrosna. I jakiegoś pięknego dnia zobaczy jak blondie pocałowała Collinsa. Sophie będzie chciała z nią porozmawiać, bo ją szlag jasny trafia i krew nagła zalewa, że ktoś podrywa jej chłopaka.]

    OdpowiedzUsuń
  82. - Oj, żebyś się przypadkiem nie zdziwiła. - Odpowiedział blondyn. - W czasie przemiany, a nawet i na dwa tygodnie przed mamy podobne ciągoty do rozlewu krwi co wy. Tyle, że wy to traktujecie jako żarcie... My jako polowanie na zwierzynę. Potrafimy zabić wszystko co się rusza.
    - Ekhem. - Chrząknął znacząco Aidan.
    - No dobra. Ty jesteś jakimś wyjątkiem od reguły. - Stwierdził James. - Ale to nie znaczy, że nie znam się na rzeczy. Wchodzisz to i próbujemy czy zostawiasz i powybijasz wszystko dookoła, tylko dlatego, że to coś się rusza i nie możesz zaspokoić głodu. - Zerknął na nią znacząco.

    OdpowiedzUsuń
  83. - A to przed chwilą to był niby akt miłosierdzia, co?- zapytał, mając na myśli tamtą kobietę. - Poza tym nadal coś ci dolega. - Dostrzegł jej oczy. - Więc nadal sądzisz, że nie przyda ci się niczyja pomoc?
    - Też bym stąd chętnie poleciał dalej... - Zaczął niepewnie Collins. - Tylko mamy taki jeden mały, tyci- tyci problemik. - Spojrzał na nią uważnie. - Wszystkie loty są odwołane aż do jutra rano. Nad Europą szaleją burze i wichury. - Dodał po krótkim czasie.

    OdpowiedzUsuń
  84. [No to w takim razie brak mi pomysłów.]

    OdpowiedzUsuń

pisz pisz pisz pisz pisz